Do Las Palmas dotarliśmy późnym wieczorem 15 listopada.  Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy do portu. Tablica ogłoszeń pękała w szwach od plakatów jachtostopowiczów szukających szczęścia w znalezieniu swojego wymarzonego rejsu przez Atlantyk. Okoliczny Sailor ‘s Bay był pełny żeglarzy cieszących się pysznymi przekąskami i kuflem zimnego piwa.  W teorii, na plaży zaraz obok portu miała się znajdować wioska jachtostopowiczów,  w praktyce w tym roku nie postawiono tam żadnego namiotu.  Wszystkim udało się rozlokować w okolicznych hostelach lub na jachtach.  Nie mając wielkiego wyboru postanowiliśmy też poszukać jakiegoś lokum. Około 23 dotarliśmy do sympatycznego hostelu “Elmundostal” -znaleźliśmy tu wszystko czego potrzebowaliśmy,  wygodne łóżka,  ciepły prysznic, ogólnodostępną kuchnię, wi-fi i przede wszystkim wspaniałą atmosferę stworzoną przez właścicielkę i jej pracowników. 


Kolejny poranek poświęciliśmy na stworzenie własnego żeglarskiego ogłoszenia i rozwieszenie go w różnych punktach portu.  Wieczorem, wspólnie z mieszkańcami naszego hostelu i Polkami, które poznaliśmy wcześniej w samolocie,  ruszyliśmy na stare miasto Vegueta, by skosztować tutejszych tapas i lokalnych trunków.


Następnego dnia,  gdy już nosiliśmy się z myślą szukania na wyspie miejsca do rozłożenia naszego namiotu poznaliśmy w porcie sympatycznego polskiego kapitana i jego załoganta, którzy w zamian za pomoc w znalezieniu pontonu,  którym chcieli dostać się na swoją,  pozostawioną na kotwicowisku łódkę,  zaproponowali nam na niej nocleg przez kolejne kilka dni.  Cieszyliśmy się ogromnie z mieszkania w bezpośrednim sąsiedztwie portu.  Zwiększało  to w znaczący sposób naszą szansę na znalezienie wymarzonego rejsu. Codziennie rano witało nas piękne słońce i widok na port mieniący się tysiącami białych masztów.  Rozpoczęliśmy swoje wycieczki po kejach i niekończące się rozmowy z kapitanami. W ciągu dnia pomagaliśmy w pracach na łódce.  Wieczory spędzaliśmy z żeglarzami w Sailor’ s Bay.  Udało nam się też zobaczyć oficjalny start regat z Las Palmas na St. Lucia ARC 2017.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Dni miały,  a szans na przepłynięcie Atlantyku nie było.  Jachty albo nie miały dla nas miejsca,  albo płynęły w kompletnie innym kierunku,  albo we właściwym, ale za miesiąc czy dwa.

Któregoś dnia przy kuflu piwa w portowym barze spotykaliśmy kolejną, polską załogę,  dzięki której zaczęła się nasza kolejna, zupełnie inna portowa przygoda.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *