W Sailor’s Bay poznaliśmy polską załogę,  dzięki której swoje kolejne 2  tygodnie spędziliśmy w porcie pracując i śpiąc na pięknym 20-metrowym jachcie.  Dni mijały na codziennych wycieczkach po kejach, czyszczeniu deku,  polerowaniu nierdzewki,  sprzątaniu kabin i najróżniejszych  pracach konserwacyjnych. Weekendy poświęcaliśmy na zwiedzanie wyspy.  Rozpoczęliśmy od południa Gran Canarii wybierając się do Maspalomas. Miasto nie zaskoczyło nas w żadnym pozytywnym aspekcie.  Jedynym wartym uwagi miejscem były ogromne wydmy, które też nie  wydawały nam się niczym niezwykłym.  Poza tym to po prostu bogaty, nadmorski kurort ciasno wypchany drogimi hotelami i restauracjami dla turystów zachwyconych “egzotyką” wyspy.  Wieczór uratował nam drugi punkt wycieczki – Puerto de Mogan. Małe, portowe miasteczko z dużą ilością lokalnych smażalni ryb i restauracji rozmieszczonych przy nadmorskiej promenadzie.  To magiczne miejsce położone jest w zatoce wśród wulkanicznych skał Gran Canarii. Wieczorami tętni życiem toczącym się pośród pięknych kolorowych kamienic. Klimat uzupełniają elektryzująca hiszpańska muzyka i tryskający szczerym uśmiechem mieszkańcy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Kolejny wolny weekend przeznaczyłiśmy na wyjazd w tutejsze góry.  Po drodze na chwilę  zatrzymaliśmy się w Arucas, by zwiedzić lokalną fabrykę rumu i skosztować produkowanych tam trunków.  Bardzo interesująca wycieczka z angielskim przewodnikiem, zajmująca niewiele ponad 30 minut,  w bardzo korzystnej cenie biletu.  Poźniej pozostał nam miło spędzony czas przy szklaneczce 14-letniego rumu.  Lunch zjedliśmy w małym, górskim miasteczku,  przypominającym nieco alpejskie wioski we Włoszech.  Na zachód słońca wybraliśmy jedno z najwyżej położonych miejsc na wyspie- górę Roque Nublo. Z ostatniego parkingu spacer zajmuje tu około trzydziestu minut,  a wysiłek warty jest tych niesamowitych wysokogórskich krajobrazów.  Zachód słońca mieni się tutaj wszystkimi kolorami tęczy,  a poza widokiem na wyspę, można tu dojrzeć ukrytą w chmurach Teneryfę. Wspaniałe miejsce do sędzienia czasu z daleka od miejskiego szumu,  podziwiania uroków wyspy i zebrania myśli.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Na Gran Canarii udało nam się odnaleźć piękne zakątki,  zdecydowanie warte odwiedzenia.  Rosnąca chęć znalezienia się po drugiej stronie Atlantyku sprawiała jednak, że co raz więcej myśleliśmy nad strategią jaką należy przyjąć, by wydostać się stąd jak najszybciej. Drukowaliśmy co raz to nowsze i bardziej kreatywne ogłoszenia,  staraliśmy się poznać jak największą liczbę ludzi w porcie,  stać się bardziej rozpoznawalni. Udało nam się nawet zaprzyjaźnić z właścicielem portowej tawerny- emerytowanym Włochem i jego żoną. Im też udało się zakochać w tutejszym życiu, toczącym się zgodnie z zasadą “sail fast,  live slow”. Od lat żyją więc na jachcie, zarabiając z prowadzenia, uwielbianego w marinie, miejsca spotkań wszystkich żeglarzy. Tu  nikomu nigdzie się nie spieszy,  nikt nie pamięta jaki jest dzień tygodnia,  nie ogląda się wiadomości,  nie czyta gazet, nie używa się zegarków.  Czas wyznacza pogoda,  fronty,  wiatry.. Pachnie wolnością od zwykłych, codziennych spraw.  Pełno tu ludzi,  którzy rzucili wszystko i wyjechali w podróże, dłuższe lub krótsze,  którzy mają do opowiedzenia miliony,  nie tylko morskich, opowieści.  Zmęczeni miejskim szumem, mało satysfakcjonującą pracą i innymi problemami,  szukają tutaj ukojenia,  miejsca w którym można zastanowić się nad tym czego chcesz od życia i po prostu wsłuchać się w szum fal..


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *