Przylecieliśmy na Gran Canarię 15 listopada, dziś po ponad miesiącu spędzonym w Las Palmas nareszcie możemy napisać WYPŁYWAMY!!! 

Chwilę więc o tym, jak to się udało??

Swoją jachtostopową przygodę zaczęliśmy od rozwieszenia w porcie ogłoszeń zatytułowanych  „ Cross Atlantic with us!!”, spędzaliśmy długie godziny w Sailor’s Bay starając się poznać jak najwięcej przypływających do portu załóg i kapitanów. Strategia ta niestety nie sprawdziła się przez pierwszy tydzień. Pomijając ogromną liczbę jachtostopowiczów, drugim problemem były rozpoczynające się właśnie regaty ARC, w których nie mieliśmy szans wystartować. Koszt wzięcia udziału dla jednego załoganta to około 200 funtów brytyjskich i dodatkowe koszty zarejestrowania jachtu. Zaczęliśmy więc osobiście chodzić po kejach i pytać, czy ktoś nie szuka może dodatkowych osób do załogi. Niestety dni mijały, a perspektywa się nie zmieniała. Przypływające jachty miały już komplet na pokładzie, albo zwyczajnie nie chciały zabierać żadnych dodatkowych osób.


Od czasu do czasu zdarzały się chwile nadziei. Jednego dnia dostaliśmy szansę wypłynięcia z bardzo sympatycznym holenderskim kapitanem i jego dziewczyną na Cape Verde. Z propozycji nie skorzystaliśmy. Znaliśmy się bardzo krótko, a na decyzję o wskoczeniu na pokład ich jachtu pozostawili nam niecałą godzinę. Druga sprawa, nie wiedzieliśmy czy Wyspy Zielonego Przylądka to najlepsze miejsce na łapanie transferu na Karaiby– większość jachtów nie zatrzymywała się tam podczas swojego rejsu z Wysp Kanaryjskich.


Któregoś z kolejnych dni po całodniowej, bezskutecznej wycieczce po marinie, podszedł do nas załogant jednego z niemieckich katamaranów i zapytał , czy nie szukamy może rejsu przez Atlantyk. Zabawny zbieg okoliczności. Okazało się, że widział w porcie nasze ogłoszenie i postanowił namówić swojego kapitana na zabranie nas na pokład. Brzmiało świetnie, katamaran wyglądał jak pływający hotel, kapitan prawie dał się namówić, ale niestety przyszło im wypłynąć kilka dni wcześniej niż planowali. Znów zabrakło czasu na zorganizowanie wszystkiego, przeprowadzenie się na jacht i najważniejsze – na zapoznanie się z załogą.


Kiedy już właściwie traciliśmy nadzieję na znalezienie czegokolwiek, pewnego wieczoru dostaliśmy SMS  z zaproszeniem na piwo do portowego baru od jednego z kapitanów, z którym rozmawialiśmy kilka godzin wcześniej na kei. Okazało się, że nasze umiejętości żeglarskie i wykształcenie zostało kartą przetargową. W końcu lekarz i cukiernik  przyda się na każdym pokładzie. Tym razem wszystko przebiegało na spokojnie, wspólnie z załogą spędziliśmy kilka długich dni, pomagaliśmy z drobnymi naprawami i myciem jachtu, mieliśmy sznasę się poznać, sprawdzić czy potrafimy współpracować.


Wszystko układało się dobrze przez ponad tydzień, dwa dni temu wprowadzliśmy się na jacht, dziś pierwsze ogromne zakupy i ształowanie jachtu na Atlantyk.


Załoga w składzie kapitana z Nowej Zelandii, jego dziewczyny z Francji, znajomego z Australii i naszej dwójki oficjalnie wyrusza na Martynikę na jachcie Proxima Vida !!!


Wszystkim Wam życzymy wspaniałych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku!!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *