2883 mile przez Atlantyk

 Po 10 dniach opóźnienia,  spowodowanego drobnymi naprawami bieżących usterek na jachcie i złym samopoczuciem jednego z niedoszłych załogantów , naszemu kapitanowi udało się w końcu podjąć decyzję o wypłynięciu.  Nie marzyliśmy co prawda o Świętach Bożego Narodzenia i Sylwestrze w Las Palmas,  ale spędziliśmy je naprawdę we wspaniałej atmosferze. Wigilię i praktycznie wszystkie świąteczne dni organizowaliśmy sobie z Agą i Bartkiem.  Właściwie to dzięki nim Święta pozostały magiczne,  była prawdziwa polska wigilijna kolacja z pieczoną rybą, śledziami i kluskami z makiem, Kamil wzbogacił ją pysznym piernikiem,  były też prezenty i symboliczna choinka.  Sylwester minął nam na obiedzie z załogą,  na krótkiej wizycie w portowej tawernie u znajomego Włocha połączonej z degustacją pysznego panettone z kremem  mascarpone i wreszcie na imprezie na polskim jachcie z gitarą i dźwiękiem szant. Pokaz sztucznych ogni mieniących się wszystkimi kolorami tęczy,  rozświetlający dziesiątki zacumowanych w porcie jachtów,  takie chwile zostają w pamięci na zawsze..
Ostatni dzień przed wypłynięciem był absolutnie szalony,  wcześnie rano wycieczka na hiszpańskie Mercado po warzywa i owoce,  tankowanie paliwa, ładowanie butli z gazem,  mycie pokładu,  wizyta w kapitanacie i na portowej policji,  by wymeldować się z mariny i stworzyć listę załogi.  Gotowi do startu, rozpoczęliśmy pożegnania z zaprzyjaźnionymi załogami.  Ostatnie zdjęcia i stało się dnia 3 stycznia opuściliśmy na S/Y Proxima Vida port Las Palmas.  Cel: Martynika albo gdzieś na Karaibach..



Dziennik pokładowy
3 stycznia
Wyruszamy z portu w Las Palmas, cała czwórka z uśmiechem żegna wybrzeża Gran Canarii. Wykonujemy ostatnie telefony,  dostajemy pozdrowienia i życzenia stopy wody pod kilem, wiatru w żaglach. Odcinamy się od świata na kolejne 3 tygodnie.  Pierwszej nocy ciągniemy wspólnie 6-godzinną wachtę.  Zmęczeni i zmarznięci kładziemy się spać i z przyjemnością przesypiamy, bujając się na Atlantyckiej fali, połowę kolejnego dnia.



4 stycznia
Budzimy się około 13 podziwiając piękne słońce. Camille walczy z chorobą morską, póki co bez leków, przesypia całe dnie. My na podkładzie wraz z kapitanem odpoczywamy od miasta i ludzi,  uczymy się żeglarskiego angielskiego. Jest czas na pisanie dzienników i na pozbieranie myśli. Niestety póki co ani jednego delfina,  udało się dojrzeć tylko ogromnego żółwia morskiego.   Około zachodu słońca udaje nam się złapać naszego pierwszego tuńczyka.  Po pysznej kolacji zapadamy w beztroski sen przed wachtami.



5 stycznia
Podziwiam na samotnej wachcie wschód słońca,  zastanawiam się jak to będzie przez te kolejne 20 dni życia bez lądu.  Prawdopodobnie już niedługo przestaniemy liczyć czas,  już teraz dzień i noc nie ma większego znaczenia. Przychodzi czas na rzucenie nowej przynęty i filetowanie złowionej ryby.
Wiatr dzisiaj nas oszczędza, ledwo 12 węzłów,  poruszamy się ze średnią prędkością 4,5 węzła i cóż bujamy się na długiej oceanicznej fali.



6 stycznia
Ciężka i bezsenna noc,  ciągłe zmiany żagli,  konflikty z kapitanem i właściwie bezpowrotnie zginął nam cały dzisiejszy humor.  Jesteśmy zmęczeni i mamy problem ze znalezieniem sobie miejsca na tym jachcie,  tak bardzo chcielibyśmy mieć już swój !! Nie musielibyśmy nikomu już się podporządkowywać, pracować dla nikogo innego.  Dzisiaj niestety jest nam tu naprawdę nienajlepiej, ale walczymy,  może czemuś to ma służyć na przyszłość. Pewnie taka szkoła też nam się przyda. 
Dzisiaj dzień refleksji nad wszystkim,  brakuje mi rodziny.  My ślę o tym, którego  niedawno straciłam . Tęskię  bardziej niż kiedykolwiek,  mam nadzieję,  że jakoś nad nami czuwa,  staram się nie zapomnieć jego twarzy i tego że zawsze we mnie wierzył,  że był kibicem w spełnianiu wszystkich moich marzeń.
Brakuje mojej najlepszej przyjaciółki ,  czasem zastanawiam się czemu życie układa się tak,  że rozdziela nas  od tych z którymi tak bardzo chcielibyśmy dzielić swoje codzienne radości i rozczarowania. 
Gdzie chciałabym teraz być,  nie wiem,  niestety chyba nie jest to Atlantyk.  Może nie zdążył jeszcze sprawić że go pokocham. Może trzeba nam wszystkim trochę czasu żeby przyzwyczaić się do przebywania samemu ze sobą 24/dobę.  Czas pokaże, mam przed sobą jeszcze kilkanaście dni płynięcia,…



7 stycznia
Kolejna długa i ciężka noc dla wszystkich,  wiatr pod 30 węzłów i ciągła walka z refowaniem żagli.  Kamilowi udało  się dojrzeć nad ranem pierwsze delfiny.  Dzień zapowiada się już trochę spokojnej.  Sprawdzamy sprzęt na jachcie,  odpalamy odsalarkę, kontrolujemy zapas wody i naładowane baterii. Dni są tutaj niespodziewanie pracowite.  Wszyscy powtarzali nam, że będzie strasznie nudno na Atlantyku,  a póki co szczerze mówiąc nie mieliśmy za wiele wolnego czasu. 
Znowu zaczynam doceniać stabilny grunt pod nogami, szczególnie gotując,  czy biorąc prysznic z nogami na ścianie.  Każda nawet najprostsza czynność zajmuje tutaj dwa razy więcej czasu niż na lądzie. 
Nasza załoga właściwie wciąż bez Camille, spędzającą 90 procent swojego czasu na spaniu w kabinie. 



8 stycznia
Dzień ciężkiej pracy i zmieniającej się pogody.  Dużo pracy przy żaglach,  zmęczenie daje o sobie znać, drzemki w ciągu dnia i kolejna noc na wachcie. Trochę już zdenerwowani,  ale ciągniemy z Kamilem na zmiany od 9 wieczorem do 6 rano.  Kapitan śpi,  jego dziewczyna nie poczuwa się do obowiązku pomagania nam.  Przynajmniej ktoś z nas budzi się wyspany.



9 stycznia
O 9;30 budzi nas Camille,  alarm- złapaliśmy 7 kg tuńczyka!!  Kamil stara się wyfiletować go na rufie,  tak żeby cały jacht nie “pachniał” nam rybą;) Dzisiaj kolejne wyzwanie- rolowanie sushi na Oceanie.
Późnyn popołudniem łapiemy kolejną ogromną atlantycką rybę.  Nigdy nie widziałam tak pięknej, kolorowej i dużej zdobyczy wyciągniętej z oceanu.  Okazuje się, że łowienie ryb może też by czasem całkiem ekscytujące.



10 stycznia
Zmiana systemu wachtowego trochę pomogła,  w końcu wstajemy wypoczęci i zadowoleni.  Miska musli i gorąca kawa budzą nas do życia.  Nadszedł nareszcie dzień w ktorym grzeje nas przepiękne słońce.  Temperatura powietrza 33 stopnie, wody 21! Zdaje się, że zaczynamy podróżować do ciepłych krajów 😉 Chyba zmienił się już czas,  bo słońce zaczyna nam wschodzić koło 8;00,
Złapaliśmy kolejną Mahi mahi !!! Na obiad steki z dzisiejszego połowu i wczorajszego tuńczyka. Wieczorem przy zachodzie słońca przywitały nas delfiny.  Absolutna magia chwili:)
Na noc jak zwykle wiatr zwiększył siłę do 30 węzłów,  do tego sto razy zmieniał kierunek.  Trzykrotne zmiany żagli,  halsu i walka z niedoborem snu..



11 stycznia
Na porannej wachcie z nów oglądamy z Kamilem delfiny,  udaje się zmienić kurs na jedyny właściwy. 283 stopnie, zachód,  płyniemy prosto na Martynikę.
Dzisiaj dzień prania, powoli kończą się czyste rzeczy.
Przed nami 1800 mil morskich,  jeśli Neptun pozwoli za 12-13 dni postawimy już stopy na Karaibach.  Dzisiaj poczułam , że w końcu spełniamy swoje marzenia, choć trzeba przyznać, że walka o nie potrafi być czasem bardzo trudna. 



12 stycznia
Za nami 1233 mil morskich.  Jeszcze jeden dzień i powinniśmy być w połowie drogi.  Po 3 dniach w końcu prysznic,  cieszy nawet zimny.  Niestety mycie się na Atlantyku należy do rarytasów , problem oszczędzania wody nie pozwala na taki komfort codziennie.  Pranie robimy raz na 8-9 dni.  Zmywanie naczyń w słonej wodzie,  płukanie w słodkiej.  Kiedy mamy wystarczającą ilość energii uruchamiamy odsalarkę. 
Zaczyna się kolejny dzień rejsu.  Wciąż zmęczeni ciągłymi wachtami,  łapiemy promienie słońca. 
Dzień słodkości na jachcie, przygotowujemy naleśniki z maromoladą i nutellą,  Camille robi szarlotkę, wykorzystując ostatnie zapasy owoców. Zostało kilka bananów i 4 pomarańcze.  Mimo wszystko wytrwały zaskakująco długo. Zostają już tylko owoce w puszkach. 



13 stycznia
Spokojna noc, płyniemy wyjątkowo wolno,  czekamy na jacht znajomych, którzy płyną za nami ze złamanym wczoraj spinaker bomem.
Słońce praży dziś cały dzień.  Mało dziś szalenie ciekawych rzeczy do zrobienia.  Pociesza fakt, że pokonaliśmy już połowę drogi.  Teraz odliczanie pozostałych 10 dni i wybieranie karaibskich wysp do odwiedzenia.


14 stycznia
Po nieprzespanej, tym razem z powodu gorąca, nocy wstajemy w okropnych humorach.  Staramy się robić dobrą minę do złej gry, ale naprawdę mamy kryzys.
Dziś dzień pieczenia chleba- wczoraj skończyły się obfite zapasy chleba tostowego zabranego z Las Palmas. 
Zasypiamy wcześniej niż zwykle chcąc zregenerować siły przed kolejną częścią podróży.



15 stycznia
Kapitan na przywitanie nas rano powiedział ” hej, wiecie że jesteśmy na samym środku oceanu ?!” Jakie to uczucie? Mamy 1200 mil i dotrzemy na Barbados “
Właśnie, jakie to uczucie być po środku niczego,  mieć pod swoim małym jachtem kilka tysięcy metrów wody? Zdaje się,  że nie ma nic lepszego, żeby zastanowić się nad tym jak kruche jest życie, jak zmienić coś na lepsze. My mamy czas zastanowić się nad tym co dalej,  jak zorganizować naszą codzienność po powrocie. Jakie podjąć noworoczne postanowienia.  W końcu takie, które mają sens, które nie są tylko po to,  żeby uprawiać sport przez pierwsze dwa tygodnie po Nowym Roku, kiedy ma się jeszcze trochę entuzjazmu. 
Na mnie czeka rezydentura,  co oznacza 6 lat życia spędzonego prawdopodobnie w Rzymie. Kamil co raz bardziej skłania się w stronę pracy w żeglarstwie.  Jest o czym myśleć, może znajdziemy dla siebie miejsce w jakim portowym mieście. 
W wolnym czasie wraca do człowieka wiele wspomnień z minionych lat,  obrazy ludzi,  których poznało się gdzieś na świecie,  chwil spędzonych z tymi,  za którymi najbardziej tęsknimy i tych,  którzy z różnych powodów zniknęli z naszego życia.
Podobno wszystko to ma jakiś sens,  w to wierzę
8 dni do lądu…
P. S.  Chleb wyszedł Kamilowi przepyszny!!!



16 stycznia
Wyspani i wypoczęci nareszcie.  Ostatni tydzień zapowiada się spokojnie,  ale mało słonecznie. Nie mamy szczęścia tu do pięknej pogody.  Czujęmy tylko parowanie naprawdę ciepłej wody- Atlantyk ma tu już 24,5 stopnia.  Kapitan dzisiaj przejął dzienne wachty,  żebyśmy mogli zająć się sobą.  Ostatni tydzień żeglugi przed nami.



17 stycznia
Po ostatniej nocy szkwałów i wydającego dziwne dźwięki silnika, jesteśmy wykończeni. Nie spaliśmy praktycznie wcale.  Dziś zaczęliśmy dzień od nurkowania głową na rufie celem oszacowania problemu ze śrubą.  Okazało się, że siedzi na niej sporo oceanicznych glonów.  Nie bardzo wiemy co z tym zrobić,  nikt nie ma zbyt wielkiej ochoty nurkować w oceanie,  hak jest za krótki.  Zdaje się, że ostatnie dni rejsu przyjdzie nam spędzić bez silnika,  w końcu to z definicji łódź żaglowa, powinna dawać radę na żaglach. Będziemy mieli pewnie problemy z wejściem do portu na Barbados,  chyba że wcześniej glony jakimś cudem postanowią same pożegnać się z naszym jachtem.
Mamy też przeciek w jednym ze zbiorników z wodą.  Prowadziliśmy więc dzisiaj akcj przejęcia od podróżującego z nami jachtu “Superglue” , powieszonego na linie do łowienia ryb. Zaangażowanych 10 osób.  Klej niestety wybuchł w rękach kapitana.  Pozostało kilka kropel do załatania dziury,  Steven ma zajęcie do końca rejsu,  zdrapuje po kawałku klej z rąk.
Tęskni się już za lądem,  blisko i daleko.  Oby kolejne dni były spokojniejsze. 
Późnym popołudniem udaje się naprawić silnik,  z radości zrzucamy żagle i płyniemy jak motorówka przez kolejne kilka godzin,  bierzemy ciepłe prysznice,  spędzamy wspólnie calkiem miły i wypoczynkowy wieczór.  Wygląda na to, że udało się stworzyć ostatecznie całkiem niezłą załogę. 



18 stycznia
Zaskakująco miła i spokojna noc za nami.  Zaczynamy dzień wcześnie rano,  Kamil od wachty jak od sprzątania kabiny i prania.  Otrzymujemy informację,  że marina na Barbados jest pełna,  prawdopodobnie po dopłynięciu poczekajmy trochę na miejsce na kotwicy. Przed nami ostatnie 800 mil morskich. Naprawdę nie możemy się już doczekać zimnego koktajlu na plaży pod jedną z karaibskich palm.
Co z naszych wspólnych przemyśleń, póki co wiemy, że będziemy podróżować tak dużo jak będzie się dało. 
Wolne wyjątkowo popołudnie spędziliśmy z Kamilem przy mapie Atlantyku, nakreśljąc naszą pozycję,  sprawdzając lokalizację rozmieszczonych na naszej trasie boi pogodowych.
Później przyszedł czas na odpoczynek, przeglądanie zdjęć i składanie filmu.



19 stycznia
Wiatr przestał sprzyjać,  można by właściwie powiedzieć,  że przestał wiać.  10-12 węzłów,  miejscami do 17. Ocean wygląda jak ogromne jezioro,  praktycznie bez fali.  Słońce praży i cóż kompletnie nic tu się nie dzieje. Praktycznie stomiy w miejscu,  co niestety wydłuża nasz rejs o kolejne godziny i dni.. .
Czas liczy się tu w przepłyniętych milach.
Złowiliśmy kolejną Mahi mahi. W związku z tym, że rybą wypchany jest już cały nasz freezer, postanowiliśmy oddać zdobycz na podróżujący z nami jacht.  Oni nie mieli tyle szczęścia w połowach co my.  Akcja zakończyła się sukcesem. 
Próbowaliśmy pożeglować po południu ze spinakerem, niestety roler do postawienia żagla nie jest przystosowany do fordewindu.  Nacieszyliśmy się więc całe kilka minut i wróciliśmy do genui już na resztę rejsu.
Niedługo potem dotarł do nas ogromny szkwał z deszczem.



20 stycznia
Na porannej wachcie wpadła mi na pokład latająca ryba,  wiecie ile niebieskich łusek zostawiają na deku?!
Roler od genui postanowił stracić dwie ważne śruby,  w związku z tym przygodą dnia stało się wciąganie kapitana na maszt.  Ciężka praca całej załogi zaowocowała sukcesem. 
Popołudnie minęło leniwie i spokojnie,  wiatr znów zgasł, poruszamy się z prędkością żółwia. Do celu pozostało 520 mil morskich.  Jakieś 4 dni i zobaczymy ląd.
Tęskimy już za spacerami, poruszaniem się gdzieś trochę,  więzienie na łodzi na środku oceanu to musiałaby być prawdziwa kara. 



21 stycznia
Noc ze szkwałami i zmianą żagli.  Bezustannie niewyspani czekamy na ląd!!! Chcemy odpocząć, wyspać się i umyć w normalnych warunkach. Tęsknimy za pałką,  nasze rzeczy domagają się o nią o dłuższego czasu. 
3.dni do końca rejsu.  To ciekawe jak bardzo można stęsknić się za lądem,  za wszystkim czego nie potrafimy docenić na co dzień. 



22 stycznia
Spokojna noc i leniwy dzień.
Rano udało się złapać małego tuńczyka,  martwienie się o przygotowanie obiadu mamy z głowy.
Od późnego popołudnia płyniemy na silniku, wpadliśmy w dziurę totalnie bez wiatru.  Staramy się utrzymać prędkość, aby za dwa dni dotrzeć na ląd. 
Czuć  już, że rejs się kończy,  zaczynamy zastanawiać się co dalej.  Marzymy o prostych rzeczach,  chcemy gorący, normalny prysznic,  zadzwonić do rodziny i przyjaciół,  napić się rumu i zjeść rybę z gilla na karaibskiej plaży,  wskoczyć w końcu do ciepłego oceanu, zrobić sobie spacer- bardzo długi!, zjeść lody, końcu się wyspać i zjeść obiad bez bujania się na fali.
To takie małe plany na kilka dni po dopłynięciu,  potem zobaczymy gdzie poniesie na los.



23 stycznia
Poranek bez wschodu słońca,  za to dużo szkwałów i deszczu,  dzień praktycznie przespaliśmy. Po południu wciąż deszcz i szkwały,  z niektórych wiatr ponad 30 węzłów.  Walczymy ze zmęczeniem i ostatnim gotowaniem obiadu.  Na noc postanawiamy przyspieszyć. Wszyscy chcą już dopłynąć.  Za minimum stawiamy sobie 6 mil na godzinę,  co w efekcie przy niewielkiej sile wiatru zaowocowało płynięciem na silniku przez pół nocy.



24 stycznia
O 10 rano udało się zobaczyć ląd,  po raz pierwszy od dokładnie 21 dni.  Jak to jest?!  Przechodzi całe zmęczenie,  taka wewnętrzna radość.  Szkoda,  że pogoda nas nie rozpieszcza.  Zachmurzone Karaiby na horyzoncie.  Pierwsze wiadomości wysłane do rodziny.  Prawie 3000 mil na liczniku.  Czujesz jakby pokonał sam siebie.
Dopłynęliśmy na miejsce,  stopy postawione na lądzie,  żółta flaga na maszcie.  Formalności w biurze imigracyjnym i jesteśmy na Barbados.
Niestety to był początek konfliktów z kapitanem,  dlatego po 2 dniach od przybicia do portu wyprowadziliśmy się z jachtu,  zostawiając za sobą ten etap podróży.
W czwartek udało nam się kupić bilety lotnicze na Martynikę i jeszcze tego samego dnia poznać w barze parę Polaków będących na wyspie na dłuższych wakacjach,  na stałe mieszkających w Kanadzie.  Kolejny dzień spędziliśmy z nimi w barbadoskim Dover  już całkiem wypoczynkowo na kąpielach w błękitnym Atlantyku,  na kosztowaniu lokalnej kuchni i trunków oraz na wieczornym karaoke.  Zaczęliśmy żałować, że nasz lot był już kolejnego dnia.
Polecieliśmy w sobotę rano na francuską wyspę lokalnymi liniami Liat. Po datarciu z powrotem do Unii poczuliśmy jakoś spokojnej.  Z lotniska na Martynice nie jeżdżą żadne autobusy,  przemierzyliśmy wiec dystans około 5 km do najbliższej miejscowości piechotą.  Stąd autobus do Fort-de-France i popołudniowe zwiedzanie miasta.  Szczerze mówiąc najlepszy częścią eksplorowania stolicy było dla nas wydostanie się z niej promem do turystycznego kurortu z piękną plażą na której rozłożyliśmy swój pierwszy camping.


Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *