Dziennik pokładowy – Rejs Martinique-Panama City

Tym razem przygotowania do rejsu nie trwały dłużej niż dwa dni. Zrobiliśmy przegląd apteczek, przygotowaliśmy Grab bag. Kamil, Rob i Avo zabrali się za drobne prace konserwacyjne na jachcie, ja i Tris dostaliśmy zlecenie zrobienia zakupów na rejs. Gdy z wypełnionym po brzegi koszykiem staliśmy w kolejce do kasy okazało się, że supermarket nie zapewnia dostarczenia zakupów do portu. Postanowiliśmy, nie mając lepszych pomysłów, pożyczyć ze sklepu koszyk i przejechać nim całe miasto, aż do mariny. Po drodze wpadliśmy jeszcze do MCDrive na lody i Coca-colę, miny kierowców i obsługi były bezcenne.


21 lutego 2018
Około 11 udaje nam się uporać z formalnościami w kapitanacie. Oficjalnie zostajemy wpisani na listę załogi SV Kudo. Krótko po wyjściu z portu zatrzymujemy się na kotwicowisku, by skorzystać z ostatniej na Martynice kąpieli w Oceanie, zjeść lunch i przygotować jacht do żeglugi. Lekko niewyspani po integracyjnej degustacji rumu dnia wczorajszego, ale z ogromnymi uśmiechami na twarzach ruszamy w stronę Panamy. Chyba wszyscy mamy już odrobinę dosyć francuskiej atmosfery. Noc upływa nam spokojnie, rozgwieżdżone niebo wygląda nieprawdopobnie z jachtu na środku Morza Karaibskiego.
Kapitan jest wspaniałym i kompetentnym człowiekiem, zaczynamy żałować, że nie możemy razem popłynąć do Australii. Szczególnie tak zgraną załogą jak udało nam się stworzyć. Każdy z nas profesjonalnie zajmuje się czym zupełnie innym, łączy nas pasja do podróży i żagli, muzyki i odkrywania świata, jedno poczucie humoru, duch przygody, radość życia i wolność od codziennych spraw. 


22 lutego

Zaczynamy podejmować próby złowienia pierwszej Mahi-Mahi tego rejsu, poświęcając godzinę na rozplątanie żyłek. Niestety nasz wysiłek nie zostaje nagrodzony żadną zdobyczą i na obiad zjadamy wegetariańską pastę. Dzień upływa nam w fantastycznych nastrojach na podziwianiu opływających jacht delfinów, wypoczynku na hamakach, grze w karty i niekończących się rozmowach. Noc okazuje się nieco bardziej wymagająca niż ostatnio, seriami przechodzące szkwały, refowanie żagli, deszcz i ręczne sterowanie, wiatr ponad 30 węzłów. Cieszy fakt, że tym razem mamy 2 spinaker pool’e założone po obu stronach, zaoszczędza to wiele wysiłku przy zmieniającym kierunek wietrze.


23 lutego
Dzień rozpoczynamy od kawy, śniadania i oglądania filmów. Niestety znów ponosimy porażkę w łowieniu ryb. Zabieramy się za pieczenie chleba i żeglarskie dokształcanie się w zakresie obliczania współrzędnych przy pomocy sekstantu. Przy przygotowywaniu lunchu nabijamy sobie setki siniaków. To już ten moment, kiedy przychodzi nam do głowy, że miło by było gdyby łódka od czasu do czasu przestawała się bujać!!
Średnia prędkość ponad 7 węzłów, zdaje się, że dotrzemy do Panamy szybciej niż w zaplanowane 9 dni.
Próbując kierować się bardziej na północ, modyfikujemy układ żagli, zostajemy na genui, płynąc półwiatrem prawego halsu przez resztę dnia.


24 lutego
Pierwsza w pełni przespana noc, za nami 470 mil morskich, wiatr póki co nie zawodzi, praktycznie bezustanne 25 węzłów. Codzienność na jacie, czyli próbujemy upiec chleb i złowić pyszną rybę na obiad. Jedzenie przy długich rejsach zdaje się być jedyną z niewielu rozrywek obok czytania książek, gry w karty i oglądania filmów.
Avo próbuje sprzedać nam swoją filozofię życia w podróży, braku martwienia się o codzienne sprawy, zarabiania pieniędzy na etacie ulicznego grajka. Jest w tym coś, co czyni go wolnym człowiekiem, bez zobowiązań, z uśmiechem na twarzy. Cieszyć się życiem i poszukiwać swojego miejsca na ziemi można na różne sposoby.

Na deser jachtowa wersja brownie przy dźwiękach gitary.


25 lutego
Doskwiera okropny upał i brak prysznica, czas wlecze się nieubłaganie. Dzień mija bardzo leniwie, staramy się rozpocząć szycie flagi Panamy do powieszenia pod salingiem. Niestety marina w Le Marin nie była pomocna w jej zdobyciu przed wypłynięciem. Mamy nadzieję, że nasza wersja “homemade” nie bedzie odstawała od oryginału.
Na nocnej wachcie Trisa na jachie pojawia się ptak, który podróżuje z nami przez kilka godzin, czyżby też postanowił przedostać się jachtostopem do Panamy?
O 5:30 budzi wszystkich wpadająca od rufy do mesy ogromna fala. Część wody ląduje w kabinach i na naszych głowach skutecznie podrywając nas na równe nogi. Słona woda jest dosłownie wszędzie.
O 6:30 udaje się złowić naszego pierwszego tuńczyka.


26 lutego
Od rana suszymy wszystkie materace, poduszki, koce i bierzemy prysznic z morskiej wody spłukując się butelkowaną słodką wodą.
Zmieniamy kurs na nieco bardziej południowy, pierwszy raz podczas podróży stawiamy grota.
Staramy się nauczyć chociaż podstawowych zwrotów po hiszpańsku. Najwyższa pora opanować ten język przed dotarciem do Ameryki Południowej. Jeszcze dwa dni do Panamy, tym razem jednak nie tęsknimy tak bardzo za lądem. Dopiero teraz czujemy dystans jaki udało się nam przebyć. Kto by pomyślał jeszcze 3 lata temu, kiedy się poznaliśmy, że dziś będziemy właściwie w połowie żeglarskiej drogi dookoła świata? Prawie 4000 mil morskich za nami.


27 lutego
Decyzją kapitana zwalniamy, by dotrzeć do Panamy za dnia, wcześnie rano w czwartek. Staramy się płynąć nie szybciej niż 5,5 węzła. Noc dzięki temu staje się wyjątkowo spokojna, poza zbieraniem z tiku latających ryb.
Dzień prysznica i małego prania. Oszczędzanie wody zakończone, zapasy wody wystarczą już na pewno do końca rejsu, biorąc pod uwagę zgromadzoną wodę butelkowaną. Kolejny raz długodystansowe żeglarstwo przypomina nam, jak doceniać i cieszyć się z najbardziej banalnych rzeczy w życiu, jakimi są mycie się, wygodne łóżko, nieprzerwany sen, gotowanie, bez rzucających Cię po kuchni, fali.
Na lunch uprzyjemniamy sobie życie naleśnikami z nutellą, masłem orzechowym i dżemem malinowym. Bomba kaloryczna powoduje, że reszta popołudnia mija nam w świetnych nastrojach, cieszymy się jak dzieci z każdej najmniejszej rzeczy.
Przychodzi czas na czytanie przewodników i instruktaży przejścia Kanału Panamskiego. Wspólnie z załogą planujemy już swój pobyt w Ameryce Środkowej.
W związku ze zbliżaniem się do lądu robi się co raz większy ruch na AIS. Mijamy tankowce i żaglówki, póki co żadnych piratów, na których tak bardzo nie może doczekać się Tris.
Nasza flaga Panamy gotowa, Wydaje się by najbardziej hipsterską produkcją w naszej żeglarskiej karierze.
Przy zachodzie słońca słyszymy biorącą na wędce rybę. Mamy nadzieję na wielką Mahi-Mahi. Biorąc pod uwagę napięcie żyłki wydaje nam się, że złapaliśmy co najmniej rekina albo delfina. Po 30 minutach udaje się wyciągnąć 40 kg tuńczyka!!! Walka w kokpicie, by zatrzymać rybę na pokładzie wymagała pracy całej załogi. Nasza zdobycz wydawała się być praktycznie moich wymiarów. Po kilku godzinach filetowania cała zamrażarka wypełniona była po brzegi tuńczykiem. Tej nocy nie spaliśmy zbyt długo. Sprzątania i mycia zostało jeszcze na kilka godzin.

 


28 lutego
Zjadając dziś na śniadanie pysznego świeżego tuńczyka z tostami i jajkami na miękko poczuliśmy się dumni z wczorajszego wędkarskiego sukcesu.
Na lunch udało się upiec pyszne ciasto z jabłkami. Dzień mijał leniwie, wszyscy nieco zmęczeni po nocy zamknęli się w swoim świecie czytania ksiażek, słuchania muzyki i oglądania filmów, czyli szeroko pojętego relaksu.
Ostatnie 24 godziny na morzu, udało się zarezerwować już miejsce w marinie. Przed nami kilka dni spędzonych w Colon w oczekiwaniu na pozwolenie przejścia przez Kanał Panamski. Miasto ma w opinii podróżujących nie najlepszą reputację. Podobno kwestie bezpieczeństwa poprawiły się w ostatnich latach, niemniej jednak prawdopodobnie wieczorami będziemy musieli pozostać na terenie portu. Na jeden z nadchodzących dni planujemy wspólny trekking w Parku Narodowym Soberania. Przyjdzie czas na mycie jachtu i drobne naprawy po podróży, pomoc w przygotowaniu jachtu do rejsu przez Pacyfik.
W nocy gaśnie wiatr, decydujemy się przepłynąć ostatnie 40 mil do Shelter Bay na silniku.


1 marca
O godzinie 7:00 wchodzimy do portu Shelter Bay. Wszystko tu wygląda niesamowicie i zupełnie egzotycznie. Mała marina wygląda całkiem przyjaźnie, choć znajduje się właściwie po środku niczego. Basen, palmy, sklep z lokalnymi produktami i zegar na stałe wskazujący 17 z ujmującym napisem : It’s 5  o’clock somewhere.

Wycieczka na zakupy do “najbliższego” supermarketu pozwala nam się zorientować, że chwilowo mieszkamy w środku dżungli. Podróż taxówką w jedną stronę zajmuje nam 1,5 h wliczając promową przeprawę przez Kanał. Przez kilka kolejnych dni nie ruszamy się więc z mariny. Poznajemy ludzi i ich historie, dlaczego, jak i po co się tutaj znaleźli.

Udaje nam się spotkać kapitana i nawigatorkę “pływającego szpitala”, którzy zapraszają nas do przyszłej współpracy. Wolontariat, medycyna i żeglarstwo brzmią jak wymarzone połączenie na przyszłość.


Nadchodzi czas wyruszenia na podbój Kanału Panamskiego. Kilka dni załatwiania formalności w opinii miejscowych było i tak dużym szczęściem. Zazwyczaj czas spędzony w Shelter Bay przed przepłynięciem do Panama City oscyluje koło 14 dni. Z pomocą agenta udało się go znacznie skrócić. Wypłynęliśmy o 4 nad ranem z 4 grubymi cumami i 6 ogromnymi odbijaczami na pokładzie, by po około 30 minutach spędzonych na kotwicowisku nas nasz jacht wskoczył pilot. Kanał przekraczaliśmy połączeni  dwoma innymi jachtami w trimaran. Pilot dowodził 3 jednostkami jednocześnie. Przed nami i za nami przez Kanał próbowały się “przecisnąć” ogromne tankowce mieszczące się w śluzach “na zapałki”. Cała operacja trwała około 12 godzin, będąc połączeniem Atlantyku oraz Pacyfiku poprzez przejście sześciu śluz oraz przepłynięcia, znajdującego się po środku, jeziora. Wieczorem wylądowaliśmy w Panama City, zaczynając podziwiać rozświetlające miasto drapacze chmur.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *