Po przepłynięciu Kanału Panamskiego wylądowaliśmy w jednym z droższych portów Panama City na Isla Flamenco. Marina wypełniona była drogimi i luksusowymi motorówkami, otoczona modnymi restauracjami i klubami. Na jej terenie znajdowała się ogromna strefa duty-free. Koszt zaparkowania tam 17-metrowego jachtu to 300 dolarów za noc. I szczerze mówiąc raczej nie warto. Sanitariaty pozostawiają wiele do życzenia, rozpadające się ściany i prysznice z zimną wodą. Ponadto port jest oddalony od centrum o kilka kilometrów, co zmusza do podróżowania taksówką lub busem i generuje dodatkowe koszty.


Dwa dni poświęciliśmy na zwiedzanie Panama City. Pierwszą noc spędziliśmy w Mochila and Art Hostal. Miejsce absolutnie warte polecenia- 8,5 dolara za noc od osoby w pokoju wieloosobowym, ogólnodostępna kuchnia, pyszne naleśniki z syropem klonowym i owocami na śniadanie, świetna lokalizacja w  bezpiecznej okolicy. Z hostelu wyruszyliśmy na dworzec autobusowy, by uzyskać lokalną kartę, pozwalającą na poruszanie się busami i metrem. Ze stacji Albrook postanowiliśmy zrobić sobie spacer na Stare Miasto i była to nie najlepsza podjęta przez nas decyzja. Trafiliśmy w samo serce dzielnicy slumsów. Czuliśmy, że ludzie obserwują tu każdy nasz krok. Otaczały nas obskurne blokowiska, ruiny domów, porozrzucane po ulicach śmieci, mało higieniczne punkty gastronomiczne. W powietrzu unosił się okropny zapach. Jeden z bardziej przyjaznych mieszkańców okolicy pokazał nam dyskretnie, w którym kierunku nie należy iść. Pierwszy raz widzieliśmy taką biedę, brudnych i zaniedbanych ludzi. Zdawało się jednak, że tak dzieci jak i dorośli starali się tu cieszyć każdym dniem. Nie znając innego życia, doceniali to co mieli. Okolica nie jest szczególnie bezpieczna, zwłaszcza dla zagubionych gringo. Ochroniarz jednej z  lepiej wyglądających tutaj posesji poradził nam szybkie złapanie taksówki. Wydostanie się z tej dzielnicy kosztowało nas ostatecznie 4 dolary i sporo strachu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Po kilku minutach spacerowaliśmy już po pięknej starówce miasta. Okazało się, że jeden most oddziela tutaj dwa kompletnie różne światy. Casco Viejo jest pełne małych, odrestaurowanych, kolorowych kamieniczek, kościołów i placy. Sporo tu sklepów z pamiątkami, drogich barów i restauracji. Jest bardzo tłoczno i turystycznie. Miejsce, któremu trochę brakuje duszy.

Następnego dnia chcieliśmy przemieścić się w nieco inną część stolicy. Niestety polegliśmy w kwestiach nawigacyjnych i szukając odpowiedniego przystanku autobusowego przypadkiem złapaliśmy na stopa Chrisa. Chłopak pochodzi z Panamy, ale jego dziewczyna jest Europejką, razem planują właśnie swój “road trip” na Alaskę. Chris startuje obecnie ze swoim biznesem w Panama City, wprowadzając na rynek baseny z wbudowaną bieżnią. Pomysł zrodził się z pasji, chłopak jest zawodowym pływakiem reprezentacji kraju. Wracając do historii, Chris podwiózł nas pod same drzwi naszego kolejnego hostelu-El Hostal Carolina Princess Marbella . Dwuosobowy pokój bez okien z tv i klimatyzacją to koszt około 40 dolarów za noc. W cenę wliczone jest smaczne, aczkolwiek skromne śniadanie, możliwość korzystania z basenu i wspólnej kuchni. Minusem jest niezbyt pomocna i bardzo niezadowolona z życia obsługa hotelu, wprowadzająca napiętą atmosferę. Nowa lokalizacja pozwoliła nam na spacer po bogatej i zmodernizowanej części miasta. Tu dla kontrastu dnia ubiegłego przywitały nas drapacze chmur w najróżniejszych kształtach i kolorach, w których zlokalizowane były galerie handlowe, drogie hotele, banki i restauracje. Ta część Panama City przypominała nam trochę kanadyjskie Toronto. Otaczał nas tłum spieszących się gdzieś ludzi. O tym, że jesteśmy w Ameryce Łacińskiej przypominały nam tylko pędzące z ogromną prędkością Diablo Rojo, ogłuszające przechodniów dudniącą ze środka muzyką. Nieco wytchnienia dał nam spacer promenadą nad brzegiem Pacyfiku. Tu wieczorem toczyło się życie. Jogging , piłka nożna, ćwiczenia na siłowni na wolnym powietrzu, joga, zumba, wszędzie rozbrzmiewająca muzyka, świeże owoce i lody sprzedawane przy alei spacerowej.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Panama City to stolica kontrastów, sąsiadującej ze sobą skrajnej biedy i bogactwa. Praktycznie nie widać tutaj klasy średniej, dzielnice slumsów graniczą bezpośrednio z dystryktami drogich kilku gwiazdkowych hoteli. Rząd zdaje się nie dostrzegać problemów, promując bardziej zmodernizowaną ” amerykańską” część stolicy i  zapominając niejako o problemach biedniejszej części społeczeństwa. Nas ta mieszanka nie zachwyciła w żadnym aspekcie. Ciekawe doznanie kulturowe, nam jednak wystarczyły spędzone tam dwa dni, by poczuć potrzebę odpoczynku od wielkiego miasta.

Z tego właśnie powodu zdecydowaliśmy się uciekać jak najszybciej, nocnym autobusem w stronę gór przy granicy z Kostaryką. Sześć i pół godziny w busie na wygodnych fotelach i trochę ekstremalnej przejażdżki w ciasnym i zatłoczonym Diablo Rojo, pozwoliły nam się obudzić w innej rzeczywistości. Boquete to jak się okazało raj dla turystów uwielbiających trekking. Ta górska okolica dysponuje ogromną ilością najróżniejszych szlaków zlokalizowanych w Parku Narodowym Volcan Baru.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Nocleg, który znaleźliśmy był prawdziwym spełnieniem marzeń, położony 5 km drogi od centrum, camping i hostel “Spanish by the River”, zarządzany jest przez przesympatycznego Chilijczyka. Oferuje możliwość rozstawienia własnego namiotu lub wynajęcia pokoju, do wspólnego użytku świetnie wyposażona kuchnia, rano nielimitowana, pyszna lokalna kawa, świeże jajka zniesione przez hodowane tu kury, ananasy i banany można zrywać w ogrodzie. Zostaliśmy tutaj dwa dni, podczas których udało nam się wspiąć na wulkan Baru. Wyruszyliśmy rano, po przedyskutowaniu trasy ze znajomymi w hostelu.  Do ranger station podwiozło nas starsze amerykańskie małżeństwo. Wstęp do Parku/ bez możliwości campingu/ kosztuje obcokrajowców 5 dolarów od osoby. Droga pieszej wspinaczki nie jest specjalną przyjemnością, w powietrzu unosi się gęsty pył szutrowej drogi. Szlak jest bardziej przygotowany dla samochodów terenowych 4×4. Jeden z nich, zatrzymał się obok nas podczas naszej wędrówki. Po 10 minutach siedzieliśmy już na pace offroadowego forda starając się utrzymać równowagę. Zakręty i ostre wzniesienia sprawiły, że trasa nas nie oszczędzała. Oprócz jazdy z przygodami, zdobyliśmy też nowych znajomych. Przesympatyczna rodzina, mieszkająca w okolicy, opowiedziała nam wiele o tutejszym życiu i otaczającej nas przyrodzie. Ze szczytu wulkanu rozciąga się przepiękna panorama, nam udało się pomiędzy chmurami zobaczyć Pacyfik i Morze Karaibskie jednocześnie. 3474 m.n.p.m. zapiera dech w piersiach, dosłownie i w przenośni. Bez wcześniejszej aklimatyzacji naprawdę ciężko złapać oddech. W drodze powrotnej do miasta podziwialiśmy rozciągające się na kilka kilometrów plantacje kawy. Uprawy prowadzone są przez tutejszych Indian, których można tu zobaczyć przy pracy. Własny język, odmienna kultura, kolorowe, oryginalne stroje. Żyją wciąż nieco obok reszty społeczeństwa. Szkoda, że dziś nie mogą już pracować tylko na własny rachunek. Plantacje kawy są od jakiegoś czasu własnością lokalnych władz.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Któregoś z wcześniejszych dni poznaliśmy w centrum Amerykankę, która przeprowadziła się na emeryturę z Alaski do Panamy. U Maxi zamieszkaliśmy na kolejne 2 dni. Przytulny mały dom w małym miasteczku Dolega, dwa prześliczne psy i koty, basen i bananowce w ogrodzie. Brzmi jak bajkowy odpoczynek w ciepłych krajach. Posłuchaliśmy o tym jak bardzo różni się życie emigranta w Ameryce Środkowej od jej dotychczasowej codzienności. O tym jak przestały ją dziwić przerwy w dostawach prądu i wody, o tym jak po korespondencję trzeba za każdym razem pofatygować się na pocztę, bo ulice nie mają ponumerowanych posesji i o wielu innych absurdach, które są tu normą.  Maxi udziela się na wielu wolontariatach, pomaga wszystkim tym, o których nie dba rząd. Wspaniała i ciepła osoba, z którą spędziliśmy długie godziny na wieczornych biesiadach przy pysznych kolacjach i winie.


Kontynuując eksplorowanie Parku Narodowego zdecydowaliśmy się na trekking na trasie Sendero Los Quetzales. Rozpoczęliśmy od złapania kilku samochodów na stopa w stronę Cerro Punta, skąd mieliśmy zacząć swoją trasę. Ostatni z naszych kierowców przejęty faktem, że chcemy na własną rękę przejść ten szlak, podrzucił nas prosto do biura turystycznego, gdzie po angielsku starano nam się przybliżyć wszystkie niebezpieczeństwa związane z samotną wędrówką przez las deszczowy. Kiedy po pół godziny, nie daliśmy się przekonać w kwestii wynajęcia przewodnika, pozwolili nam iść prosząc o kontakt po złapaniu zasięgu po drugiej stronie szlaku.


Wspinaczka pod sporą górę zaprowadziła nas do ranger station, gdzie zrobiliśmy swój obowiązkowy check-in. Od stóp do głów pokryci repelentem na komary tropikalne wyruszyliśmy wąską ścieżką ku przygodzie. Staraliśmy się zapamiętywać oznaczenia szlaku, co 30 minut opisywaliśmy swoją pozycję z lokalizatora. Mijaliśmy niezwykłe rośliny, nad głowami wisiały liany, latały najbardziej kolorowe ptaki na świecie, wysoko na drzewach słychać było małpy. Kilka mostów zwodzonych, przeprawa przez rzekę i prawie 4 ostatnie kilometry marszu w deszczu i we mgle. Doświadczenie niesamowite i absolutnie warte wysiłku. Pierwszy raz poczuliśmy, jak to jest znaleźć się samemu w środku dżungli. Co oznacza upał i wilgoć w samym sercu lasu deszczowego. Jak niesamowicie wygląda tutejsza przyroda, dostępna na wyciągnięcie ręki. Droga ze szlaku do miasta prowadziła przez Indiańską wioskę. Uprawy, hodowla zwierząt, biedne, rozpadające się domy. To pozwoliło nam zobaczyć prawdziwe życie tej grupy etnicznej, tak bardzo odstające od tego pokazywanego turystom w rezerwatach.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Na kilka ostatnich kilometrów złapaliśmy na stopa koleją sympatyczną Amerykankę, właścicielkę jednego z tutejszych szlaków trekkingowych. Razem z nią dotarliśmy do baru dla emigrantów, Mike’s Global Grill. Okazało się, że populacja żyjących tu Amerykanów, Kanadyjczyków i Niemców jest o wiele większa niż nam się wydawało.Spędziliśmy wspaniały czas, odpoczywając po przebytej trasie przy lokalnej Balboa i dźwiękach świetnej rockowej muzyki na żywo.

W Boquete wysłaliśmy pierwsze pocztówki zamówione w akcji charytatywnej, przygotowaliśmy dokumenty potrzebne do przejścia kolejnej granicy i wyruszyliśmy kolejnego ranka w stronę kostarykańskiego Puerto Viejo. Czuliśmy, że kolejna przygoda stoi przed nami, nie bez powodu Kostarykę nazywają przecież drugim Madagaskarem. Nie mogliśmy się już doczekać postawienia stóp w tamtejszym Parku Narodowym.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Swoją drogę do granicy w Sixaola pokonaliśmy bez większych problemów stopem. Trasa była absolutnie widowiskowa, prowadziła przez góry i kolejny Park Narodowy oraz wyjątkowe tereny Bocas del Toro. Ostatnie kilka kilometrów do samej granicy przejechaliśmy lokalnym busem. Nasze plecaki zostały brutalnie zmiażdżone w małym bagażniku, a my wciśnięci w tłum lokalnej społeczności. Kilka razy zastanawialiśmy się, czy busa nie będzie trzeba pchać przy większych wzniesieniach, ale udało się bezpiecznie dotrzeć do granicznej rzeki, oddzielającej od siebie dwa Państwa. Wszystko tu wyglądało bardzo ekstremalnie. Kilka sklepów złożonych z kawałków blachy, funkcjonujących jako duty-free, małe punkty gastronomiczne i wreszcie okienka z napisem Exit/ Entrance Panama. Podeszliśmy po pieczątki wyjazdowe- okazało się, że oprócz okazania paszportów musimy tu też zostawić swoje odciski palców, bo jak to powiedział Pan urzędnik ” Takie tu mamy prawo, dla bezpieczeństwa naszego kraju”. Chcąc uniknąć dalszych dyskusji i problemów, spełniliśmy wszystkie polecenia i udaliśmy się na naszą przeprawę przez most. Po drugiej stronie czekali na nas kostarykańscy celnicy, którzy ku naszemu zdziwieniu bez specjalnych pytań powitali nas w swoim kraju i życzyli miłego pobytu. Tu po drugiej stronie rzeki, rzeczywistość wydawała się nam nieco inna niż w Panamie. Złapaliśmy busa do Puerto Viejo i zaczęliśmy obserwację nowej kultury, póki co z okna autobusu.



4 Komentarze

jachtostopowyświr · Czerwiec 21, 2018 o 11:20 pm

Witajcie:) Strasznie fascynuje mnie temat jachtostopu, sam zamierzam wybrać się w taką wyprawę za rok! Mam pytanie, jak rozstaliście się z załogą,chodzi mi tu o nawiązane relację ? Będąc z kimś tak długo w podróży pewnie poznaje się człowieka lepiej ? Nie wiem czy dam radę otworzyć się na tak długi okres z obcymi ludźmi? Dzięki za odpowiedź! Jesteście super! Pozdrawiam.

    raportzbezdrozy · Czerwiec 22, 2018 o 9:58 am

    Jachtostop to naprawdę fajna przygoda, warto jednak na jachcie na którym zamierzasz przepłynąć Atlantyk spędzić trochę czasu przed wypłynięciem. Właśnie po to, by poznać załogę i kapitana. Na rejsie będą lepsze i gorsze dni, ważne żebyście potrafili dzielić się obowiązkami i mieli dużo wspólnych tematów do rozmów, bo to będzie bardzo długi rejs! Zapraszamy do śledzenia bloga, pracujemy właśnie nad sekcją poradnikową, w której znajdzie się dużo informacji na temat jachtostopowania.
    W razie jakichkolwiek pytań napisz do na nas na maila, chętnie wyjaśnimy wszelkie wątpliwości! Pozdrawiamy;)

Kamila · Kwiecień 6, 2018 o 1:22 pm

Wspaniałe zdjęcia i cudowne miejsca. Mam w planach odwiedzić Panamę 🙂

    raportzbezdrozy · Kwiecień 11, 2018 o 9:20 pm

    Polecamy szczególnie mniej turystyczne, małe miasteczka. Ludzie są wspaniali i bardzo pomocni, a widoki i trasy trekkingowe niesamowite. Bardzo polecamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *