Kolumbia, czyli kraj najlepszej kawy, kokainy i gorącej salsy

Przygoda z Ameryką Południową zaczęła się już na lotnisku Tocumen. Przyjechaliśmy z odpowiednio dużym zapasem czasu, by nie martwić się o odprawę rejestrowanego bagażu. Przy sprawdzaniu dokumentów obsługa linii lotniczych Avianca poinformowała nas o tym, że bez zarezerwowanych i opłaconych biletów powrotnych z Kolumbii nie zostaniemy wpuszczeni na pokład samolotu. Do wylotu zostały 2 h. Bezskuteczne były nasze tłumaczenia, iż przepisy wizowe nie wymagają od nas przedstawiania biletów powrotnych przy wjeździe do Kolumbii. Nikogo nic nie interesowało, kazali nam wrócić najpoźniej za godzinę z kompletem dokumentów. Zdenerwowani i niewyspani po nocy spędzonej na terminalu Albrook, zaczęliśmy na ledwo działającym, lotniskowym wi-fi wyszukiwać loty do Ekwadoru. Najtańsze bilety kosztowały nas prawie 200 dolarów za dwie osoby. Przedstawiliśmy rezerwacje przy odprawie bagażu i pobiegliśmy do bramek wejściowych. Lotu oboje nie pamiętamy, zasnęliśmy jeszcze przed startem. Obudziliśmy się w Bogocie. W biurze imigracyjnym oczywiście nie zadali żadnych pytań dotyczących długości naszego pobytu, po prostu powitali nas w Kolumbii, życząc udanej podróży. Postanowiliśmy wymienić kilka dolarów na pesos na lotnisku, by mieć możliwość przejechania do miasta autobusem, zamiast dużo bardziej kosztowną taksówką. W kantorze pieniądze można było dostać tylko za okazaniem paszportu i po zostawieniu odcisku palca. Wydawane pieniądze były tutaj stemplowane, co miało służyć jako potwierdzenie ich autentyczności. Po odprawie celnej postanowiliśmy jeszcze poszukać biura linii lotniczych, w których zarezerwowaliśmy lot do Ekwadoru, by jak najszybciej anulować rezerwacje i odzyskać choćby część zainwestowanych pieniędzy. Biuro połączyło nas z angielską infolinią, która podała nam adres mailowy, pod którym mieliśmy zgłosić problem. Słabe połączenie telefoniczne sprawiło, że usłyszeliśmy niepoprawny e-mail, więc nasze anulowanie bookingu trafiło pod zły adres. Po przeszukaniu internetu, trafiliśmy w końcu na poprawne dane. Ponownie spróbowaliśmy wysłać aplikację o zwrot kosztów. Otrzymaliśmy informację, że trzeba będzie poczekać 15 dni na rozpatrzenie sprawy. Nie pozostało nic innego jak tylko zaakceptować sytuację i spróbować przedostać się miejscowym busem do zarezerwowanego hostelu WashuWashu gdzieś w Bogocie.

Pułapka dla turystów na tutejszym lotnisku polega na tym, że nie można dostać się do taniego autobusu jadącego do miasta, bez specjalnej karty, którą można wyrobić tylko w centrum. Jedyny sposób na uniknięcie brania taksówki to dogadanie się z miejscowymi, że wpuszczą Was na swój abonament w zamian za zwrot gotówki. Tym sposobem udało nam dię dotrzeć do miasta płacąc niecałe 5 zł za dwie osoby. Hostel okazał się być bardzo przyjaznym i pomysłowo urządzonym miejscem, położonym w spokojnej i bezpiecznej części miasta Tego wieczoru mieliśmy ochotę tylko na długo wyczekiwany sen.

Zdecydowaliśmy się na nocny autobus do Medellin, pozostał więc cały dzień na zgubienie się w okolicy. Park, w którym akrobaci ćwiczyli chodzenie po linie, tysiące sklepów, kawiarni i restauracji. Byliśmy absolutnie zaskoczeni tym, co zobaczyliśmy. Tak naprawdę Bogota przypominała nam nieco Polskę. Podobna zabudowa, ludzie ubrani tak samo jak my, nawet pogoda się zgadzała, szarówka z lekkim deszczem. Spodziewaliśmy się tu zastać rozpadające się budynki, biedę i obrazy rodem z kryminału, spotkać ludzi biegających z broną i dealerów narkotyków na rogu każdej ulicy. Tymaczasem jedliśmy właśnie pyszny obiad w lokalnej restauracji, za który zapłaciliśmy 15 zł i cieszyliśmy się pięknymi widokami. Długi spacer zatłoczonymi ulicami zaprowadził nas do pięknej bazyliki. W drodze powrotnej wpadliśmy na kawę i ciasto do lokalnej piekarni. Kamil od dawna szukał porządnego fryzjera. Barber, którego tutaj znaleźliśmy wyglądał bardzo profesjonalnie. Postanowiliśmy zaryzykować, okazało się że tutejsi pracownicy to prawdziwi specjaliści w swoim fachu, a każdy klient to okazja do stworzenia nowego arcydzieła. Dział usług okazał się być dobrze działającą branżą.

Wieczorem rozpoczęliśmy swoją, jak się okazało, niekończącą się, pieszą wędrówkę na terminal autobusowy. Prawie 8 km w deszczu, z czego połowa po zmroku i udało się w końcu dotrzeć do kasy biletowej. Tydzień Świąt Wielkanocnych sprawił, że nawet o 21 na dworcu było bardzo tłoczno. Większość firm odmówiła nam sprzedania biletów ze względu na brak wolnych miejsc. W końcu udało się znaleźć transport, bus odjeżdżał za godzinę. O targowaniu się nie było mowy, dla wszystkich na ferie stała cena 70.000 COP od osoby za 450 km! Myśleliśmy, że to cena za podróżowanie w komfortowych warunkach, firma zdawała się oferować wygodne fotele, wi-fi, klimatyzację i wiele innych udogodnień. Zamiast tego dostaliśmy rozpadającego się busa z zepsutymi wiatrakami i brudną toaletą na przejchanie, jak się okazało ponad 14 godzin. Wysiedliśmy ledwo żywi, jeszcze przed dotarciem do Medellin zaraz po tym jak zobaczyliśmy zakręt na drogę prowadzącą do Guatape. Nasze plecaki po kilkunastu godzinach w luku bagażowym okazały się być kompletnie mokre. Szybko udało się złapać lokalny transpot do celu. Dojechaliśmy po 1,5 h do prześlicznego, małego, kolorowego miasteczka, które miało stać się naszym domem na kolejne ponad 2 tygodnie. Pierwsze kilka dni spędziliśmy na couchsurfingu u zamieszkującego 3 km od centrum Nicka, który właśnie startuje z otworzeniem tu swojego biznesu. Kupioną nieruchomość planuje wyremontować i otworzyć swój hostel, z daleka od cywilizacji i internetu. Chce stworzyć miejsce gdzie ludzie będą mogli odpocząć, podreperować swoje zdrowie, odżywiać się tylko naturalnymi produktami i poczytać książki.

Miejsce jest położone w pięknych górach otaczających Guatape, a jak się okazało zaraz za posiadłością można znaleźć absolutnie dziką naturę z ukrytym wodospadem, nad który wybraliśmy się jednego popołudnia. Z maczetami przedzieraliśmy się przez dżunglę, brodząc po kostki w rwącej rzece. Cel absolutnie warty wysiłku, po godzinie oglądaliśmy spadającą kilkadziesiąt metrów w dół kaskadę. Zgodnie stwierdzilimy, że nie możemy odmówić sobie obejrzenia wodospadu z dołu. Wąską scieżką przemieszczaliśmy się z nurtem rzeki. Śliskie kaminie i konieczność zawiśnięcia na drzewie sprawiała, że trasa dostarczała dużo adrenaliny. Widok niesamowity, bryza lodowatej wody na twarzy, dźwięki otaczającej natury, liany zwisające nad naszymi głowami. Tak, kolejny raz trafiliśmy do dżungli. Kompletnie mokrzy i z niesamowitym bagażem wrażeń wróciliśmy na zasłużony lunch.

W sobotę zaczęlimy swój pierwszy dzień wolontariatu w hostelu ” Lake View”. Praca w tajskiej restauracji brzmiała jak przygoda. Na stronę workaway.com postanowiliśmy się zalogować jeszcze będąc na Martynice. Otwierało to nam wiele różnych możliwości pracy na farmach i w hostelach Ameryki Południowej w zamian za darmowy nocleg i podstawowe wyżywienie. Ponadto była to świetna okazja na pozostanie dłuższy okres czasu w wybranych przez nas miejscach, poznanie bliżej życia miejscowego społeczeństwa i podszkolenie swojego hiszpańskiego.

Kamil zaczął poznawać tajniki przygotowywania tajskich potraw pracując z Marcelą, szefem kuchni, ja uczyłam się przygotowywania najróżniejszych drinków od barmana Davida. Razem tworzyliśmy wspaniały zespół. Swoje zmiany zaczynaliśmy późnym popołudniem, tak więc do naszej dyspozycji pozostawały całe długie dni. Jednego z nich wybraliśmy się na oferowaną przez hostel Free Walking Tour. Dowiedzieliśmy się jaka była historia kolorowego miasteczka.

Kiedyś ludzie zajmowali się tutaj głównie rolnictwem. Kiedy zapadła decyzja o utworzeniu sztucznego jeziora, mającego służyć jako producent energii na dużą skalę, większość mieszkańców stracliła możliwość prowadzenia na swoich ziemiach upraw, a zarazem główne źródło dochodu. By zatrzymać miejscową społeczność w Guatape, zaproponowano im wynajmowanie swoich posiadłości na pokoje dla robotników pracującym przy tworzeniu jeziora. W ten sposób zaczęły powstawać stopniowo hotele i restauracje. Jezioro zaczęło przyciągać podróżników. Zainwestowano również w remont miasteczka. Dziś jest ono jednym z najbardziej kolorowych miejsc na świecie. Kostka brukowa, płaskorzeźby w najbardziej finezyjnych kształtach, mnóstwo kwiatów na każdym balkonie. No i jeszcze historia słynnego El Penol. Ogromna spektakularnie wyglądająca skała znajduje się zaraz przy wjeździe do Guatape. Kiedyś nie intersowała absolutnie nikogo, aż do pewnej niedzieli, której proboszcz zaproponował miejscowy konkurs wspinaczkowy. Zdobywanie szczytu zajęło śmiałkowi i jego pomocnikowi 5 dni. Dziś na szczyt prowadzą długie schody. Z góry rozciąga się spektakularna panorama Guatape.

Z mijającym czasem co raz bardziej zaprzyjaźnialiśmy się z naszymi współpracownikami. Były wspólne śniadania w miejscowym barze, na które zamawialiśmy pyszne kolumbijskie bunuelos ( smażone na głębokim oleju pączki z serem) i popijaliśmy lokalnym tinto, wieczory wypełnione latynoską muzyką, tańczeniem salsy i zajdaniem się salcipapas ( mini-kiełbaski z frytkami i sosem ananasowym) i wreszcie polski wieczór z przygotowanymi przez nas kluskami śląskimi z boczkiem i sosem grzybowym.

Z Davidem, Andreiną i ich synem Marco wybraliśmy się na wyprawę quadami do klasztoru Benedyktynów. Przejazdy przez rzeki i wąskie górskie ścieżki dostarczały niesamowitych wrażeń. Klasztor położony był z daleka od miasta, wysoko w górach. Zaraz obok znajdował się hostel, miejsce kontemplacji. Można było się tu zatrzymać, cieszyć się ciszą, naturą i modlitwą. Zakonnicy ze względu na duże zainteresowanie zaczęli prowadzić zapisy na miejsca. Zarezerwowane jest wszystko, aż do wiosny przyszłego roku.

Jeden z wolnych dni wykorzystaliśmy na całodniowy trekking, w poszukiwaniu kolejnych ukrytych wodospadów. Sześcioosobową grupą wyruszyliśmy wcześnie rano. Idąc za radą recepcjonistki hostelu postanowiliśmy pójść skrótem. Wiecie na pewno jak kończy się schodzenie ze szlaku, tak więc w naszym przypadku skończyło się wspinaczką na niewielką skałę i wycinaniem napotkanych na drodze krzewów maczetami, przepraw przez rzekę i wizytą na przypadkowej farmie. Do wodospadów trafiliśmy po dwugodzinnej wędrówce. Postanowiliśmy, że w związku z dużym zapasem czasu możemy podążać wytyczonym szlakiem dalej. Dotarliśmy do ogromnej polany wysoko w górach. Droga wydawała się tutaj kończyć. W oddali jakieś dwa kilometry od nas widać było niewielki dom na wzgórzu. Przechodziliśmy obok wypasających się krów i owiec. Kilka metrów dalej leżała czaszka konia i porozrzucane kości. Dotarliśmy do opuszczonej posiadłości, mieliśmy nadzieję, że trafimy na jakąkolwiek ścieżkę pozwalającą nam wydostać się z lasu. Nie pomyliliśmy się, 200 metrów dalej rozpoczynała się szutrowa droga. Kilka minut później spotkaliśmy zmierzających w odwrotnym kierunku ludzi. Poinformowali nas, że wędrówka do Guatape to jeszcze około 1,5 godziny. Piękne punkty widokowe, z których widać było miasteczko, jezioro i El Penol. Dzikie konie przebiegające gdzieś w oddali. Absolutnie bajkowe krajobrazy wynagradzały wysiłek. Satysfakcja wytyczenia własnego górskiego szlaku była ogromna.

Przyszedł czas na pożegnania i ruszenie w dalszą podróż, po ponad dwóch tygodniach lokalnego, kolumbijskiego życia obraliśmy kierunek na Jardin. Z okien autobusu oglądaliśmy tutejszy ostatni wchód słońca nad jeziorem Guatape. Czuliśmy, że to już czas poszukać nowych wrażeń.

Zostaw komentarz