Opuszczając Guatape porannym busem czuliśmy, że będziemy tęsknić za ludźmi, których tu poznaliśmy. To jeden z aspektów podróży, który ciężko zaakceptować. Po drodze, w wielu miejscach zostawia się część siebie, to cena jak płacimy za odkrywanie świata.


Około 10 rano udało się dotrzeć do zabieganego Medellin, skąd postanowiliśmy się wydostać do najbliższego miasteczka, by spróbować kontynuować podróż na tereny Zona Cafetera autostopem. Szybko udało się złapać samochód przemiłej kolumbijskiej pary, która zawiozła nas, aż do rozjazdu dróg w kierunku Jardin i Cali. Tu ruch nieco się zmniejszył, mimo wszystko po chwili siedzieliśmy już w kolejnym aucie. Tym razem spotkaliśmy kolumbijską rodzinę, parę w średnim wieku i ich córkę, pracującą obecnie w Stanach Zjednoczonych. Wielką ulgą była możliwość porozmawiania przez chwilę po angielsku. Nie wystarczyło czasu na przedyskutowanie wielu tematów. Wymieniając się na koniec numerami telefonów, obiecaliśmy sobie spotkać się gdzieś jeszcze na świecie. Ostatni tego dnia autostop i kolejni fantastyczni Kolumbijczycy, którzy w drodze do Jardin opowiedzieli nam o uprawach tutejszej kawy, kakao i pracy Indian na pobliskich terenach.


Rozłożyliśmy namiot na przepięknie położonym campingu, zaraz nad brzegiem rzeki, tworzącej tutaj rozległy naturalny basen, obok pola namiotowego rozciągała się plantacja bananów. Nie sposób wyobrazić sobie lepszego miejsca na wypoczynek w otoczeniu natury.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Jardin możemy na pewno wpisać na listę najpiękniejszych kolumbijskich miejsc, które odwiedziliśmy. Kolorowe płaskorzeźby na wszystkich domach, rynek z neogotycką katedrą i położenie w dolinie, w otoczeniu plantacji kawy i bananów sprawia, że miasteczko zyskuje ogromny urok. Wieczorem cieszyliśmy się pysznym, gorącym papa rellenea (ziemniaczane kulki nadziewane mięsem, jajkiem, kurczakiem, smażone na głębokim tłuszczu) oglądając tańczących na koniach panów w średnim wieku ubranych w poncho i sombrero. Najpopularniejszy w okolicy bar był po brzegi wypełniony roześmianymi mieszkańcami, dookoła rozbrzmiewała kolumbijska muzyka, przed lokalem w rzędzie zaparkowane stały konie. Atmosfera trochę jak na dzikim zachodzie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Szlak trekkingowy na Cerro de Cristo Rei pozwolił nam obejrzeć Jardin z pięknego punktu widokowego. Jego część prowadzi do spektakularnego, ukrytego wśród gór wodospadu, do którego można podjeść dosłownie na wyciągnięcie ręki, by poczuć bryzę spadającej z kilkunastu metrów wody.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Wydostanie się z miasteczka nie poszło tak łatwo, jak tego oczekiwaliśmy. Postanowiliśmy przedostać się do pobliskiego Riosucio lokalnym autobusem, niestety okazało się, że poranny już nam uciekł, a do popołudniowego zostałoby jeszcze 5 godzin czekania. Zaczęliśmy więc próbować szczęścia w autostopowaniu. Przez pierwszą godzinę przejechały obok nas zaledwie 4 samochody. Nie dawało nam to wielkich szans na ucieczkę z Jardin, a jednak się udało. Zatrzymał się obok nas młody przedsiębiorca, pracujący na swojej farmie niedaleko Riosucio. Zaproponował nam transport, aż do swojej posiadłości. Takiej trasy naprawdę się nie spodziewaliśmy. Las tropikalny, kilkunastometrowe palmy, polna, dziurawa droga nad kanionem. Przyroda była tutaj niesamowita, ale szlak praktycznie nieprzejezdny dla pojazdów innych niż te z napędem 4 × 4. Kierowca wytłumaczył nam, że pomimo odległości 50 km, ze względu na ciężkie warunki jazdy, podróż busem trwa tutaj prawie 4 h. Dotarliśmy do farmy po 2 godzinach offroad’u. Kierowca postanowił nas oprowadzić po polach uprawnych. W większości rosła tu marakuja- najlepsza wysokość dla uprawy pomiędzy 2200-2600 m.n.p.m. Byliśmy już dość wysoko w górach. Owoce z farmy przeznaczane są w większości na eksport do Europy, szczególnie do Niemiec. Statki wyruszają z Cartageny po około 4 dniach od zbiorów, rejs przez Atlantyk zajmuje około 15 dni. To czas, w którym marakuja dojrzewa, zanim trafi do sklepów. Właściciel planuje poszerzyć działalność o uprawę awokado, również przeznaczanego na eksport.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Do Riosucio zostało jeszcze 13 km, na horyzoncie nie było ani jednego samochodu. Zaczęliśmy iść przed siebie z nadzieją, że znajdzie się jakiś transport po drodze. Mijały godziny, droga była pusta. Musieliśmy przeprawić się przez błotną lawinę i przetrwać silny deszcz, z lasu co jakiś czas dochodziły dziwne dźwięki, a ciężar plecaków nie pomagał. Po 8 km zrobiliśmy sobie przerwę. Przestaliśmy już oczekiwać, że coś nadjedzie. Niestety nie byliśmy przygotowani na długi trekking, więc nie zabraliśmy ze sobą prowiantu. Poza marakują zjedzoną na farmie niewiele mieliśmy w żołądku. Zaczął doskwierać głód, wykorzystaliśmy apteczkowy zapas energii w tubce- żelu z witaminami, glukozą i elektrolitami. Na szczęście jakieś 30 minut później dotarliśmy do małej wioski, z której kursował bus do Riosucio. Ostatnie kilka kilometrów nasze nogi mogły odpocząć. Centrum wydawało się nad wyraz spokojne, kilka otwartych małych restauracji i piekarnia. Życie toczyło się tu wokół głównego placu. Planowaliśmy camping, ale brakło nam sił na kolejne kilka kilometrów marszu. Na IOverlander znaleźliśmy informację o małym hotelu niedaleko rynku oferującym pokoje w rozsądnych cenach. Za dwójkę z TV i łazienką zapłaciliśmy 25 zł. I w końcu przyszedł upragniony odpoczynek.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Do oddalonego o 5 km od Salento campingu dotarliśmy kolejnego dnia wieczorem. Ogromna przestrzenna kuchnia, ciepłe prysznice, oddzielone, zadaszone miejsca na namiot, węże Boa zamknięte w klatkach. Idealne miejsce, by zatrzymać się na kilka dni. Z samego rana wyruszyliśmy w stronę oddalonej nieco od miasteczka Valle de Cocora.

Dolina jest częścią Los Nevados National Park. Zobaczyć tutaj można najwyższe na świecie, bo dorastające aż do 60 metrów wysokości, woskowe palmy. Kiedyś było ich nieco mniej, później zaczęto je namnażać i przeznaczać na materiał do produkcji wosku oraz budulec dla lokalnych farmerów. Dotarliśmy tutaj jeep’em, działającym jak collectivo. Dzielone taksówki absolutnie nie mają limitów zabieranych pasażerów, można jechać trzymając się na pace albo na dachu, kreatywność mile widziana.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Wybraliśmy drogę w stronę Rezerwatu Kolibrów Acaime. Szlak prowadził przez piękny deszczowy las, zwodzone mosty i rzeki. Wspinaczka na wysokość 2800 m.n.p.m. zapewniła nam niesamowite widoki na okoliczne góry z Finca La Montana. Stąd trasa prowadziła dalej przez punkty widokowe woskowych palm. Panorama na dolinę mieniącą się w najróżniejszych kolorach zieleni, otoczoną palmami sprawiała ogromne wrażenie. 5- godzinny trekking warty jest wysiłku. Część trasy można opcjonalnie pokonać konno, wycieczki oferowane są przy wejściu do parku.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Samo Salento jest małym miasteczkiem z przesympatycznymi mieszkańcami. Główna aleja spacerowa Calle Real, wypełniona jest sklepikami oferującymi szeroki wachlarz pamiątek i rękodzieła. Na jej końcu znajduje się Alto de la Cruz, góra, na którą prowadzą kolorowe schody, dla mieszkańców to miejsce, gdzie odbywa się Droga Krzyżowa w świąteczne dni. Ze szczytu piękny widok na miasto, Valle de Cocora i okoliczne wulkany. Na Calle Real znaleźliśmy też old fasion cafe. Lokalne, pyszne espresso zaparzone w 150-letnim ekspresie z Torino.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Kolejny dzień poświęciliśmy na długą autostopową przeprawę przez Armenię, aż do Cali. Pierwszym kierowcą był Kanadyjczyk i jego kolumbijska narzeczona. Razem prowadzą hostel pod Salento, do którego zaprosili nas przy kolejnym pobycie w Kolumbii. Resztę drogi z Armenii pokonaliśmy z młodym chłopakiem z Cali. Dostaliśmy rekomendacje na najlepsze salsoteki w mieście i wycieczkę na Górę Trzech Krzyży. Miasto przywitało nas okropnym upałem. Przez centrum w korkach przedostawaliśmy się prawie godzinę. Późnym popołudniem dotarliśmy do domu Karoliny, w którym mieliśmy się zatrzymać na kilka dni. Karolina pracuje w Cali jako publicystka, pisze też swojego bloga o tematyce feministycznej. Wraz z przyjaciółką rysowniczką, marzą o wydaniu własnej książki. Projekt ma już wstępny zarys. W mieszkaniu jednej ze znajomych dziewczyny spędziliśmy swój pierwszy wieczór, przy lokalnym piwie, empanadas, gitarze i obowiązkowym tańczeniu salsy! Poznaliśmy ludzi, dla których muzyka jest nieodłączną częścią życia. Podobno serce każdego Calenos bije w rytmie salsy!

Miasto w ciągu dnia jest głośne i męczące. Temperatura 36 stopni i zatłoczony transport miejski nie ułatwia sprawy. W weekendy wieczorami na osiedlach odbywają się ogromne fiesty do wczesnych godzin porannych. Nasz czas w Cali spędziliśmy więc na lokalnych spacerach nad rzekę, ochładzaniu się świeżą i soczystą papają oraz na wieczornym przygotowywaniu dań polskiej kuchni.

Już wcześniej dowiedzieliśmy się, że w Kolumbii zakupienie pralki wiąże się z ogromnymi kosztami ze względu na brak produkcji w kraju i konieczność importu. Spodziewaliśmy się więc, że rozwiązaniem dla mieszkańców są osiedlowe pralnie. Okazało się jednak, że Kolumbijczycy wpadli na inny pomysł. W każdym mieszkaniu znajdziemy ślepo zakończony odpływ i dopływ wody, miejsce przygotowane na pralkę, którą trzeba sobie zamówić na konkretny dzień i godzinę. Zrobiliśmy więc swoją rezerwację i w wyznaczony dzień czekaliśmy z niecierpliwością co się stanie. Rzeczywiście o 16 zjawił się Pan z pralką na wózku, wytłumaczył nam jak używać sprzętu i zostawił nam ją na umówione 2 h. Za całą akcję zapłaciliśmy równowartość niecałych 4 zł. Pytanie: Komu to się opłaca??

Po kilku relaksujących dniach spędzonych w Cali zaczęliśmy zmierzać w stronę granicy. Do Popayan sprawnie dojechaliśmy z sympatycznym, młodym chłopakiem, który podczas trasy zaprosił nas na lokalną kawę, kokosowe bułeczki i biały ser…który o dziwo całkiem pasował nam do americano i kokosa!

Popayan, nazywane ciudad blanca, czyli białym miastem. Do centrum prowadzi piękny brukowany most, na placu głównym znajduje się Iglesia de San Francisco- monumentalny, kolonialny kościół. W środku znaleźliśmy portret Jana Pawła II i spektakularny ołtarz. W ciągu dnia miasto tętni studenckim życiem, ze względu na liczne znajdujące się tutaj Uniwersytety. Na obrzeżach można znaleźć małe budżetowe hoteliki i zatrzymać się na kilka dni.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Do Narino, a konkretnie do jego stolicy w Pasto zostało nam 240 km i jak się okazało 12 godzin jechania absolutnie szalonym autostopem. Pierwszą część górskiej drogi pokonywaliśmy z wielopokoleniową Kolumbijską rodziną, kolejne ponad 100 km w ciężarówce wiozącej mango, którą zrobiliśmy postój w Bordo i przy kaskadach Charco de Burro. Kierowca opowiadał nam o kolumbijskim jedzeniu, życiu, pracy i swoich marzeniach wyjazdu do Europy. Przejeżdżając przez Bordo, dowiedzieliśmy się, że miasteczko to uchodzi za tutejszą stolicę kokainy. Kilogram kupić tu można za 250000 pesos (czyli równowartość jakichś niecałych 300 zł) na lokalnej farmie. Przemyt oczywiście na mniejszą skalę istnieje podobno po dziś dzień.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Pasto. Dojeżdżamy na umówiony wcześniej couchsurfing o 23. Wita nas przesympatyczny Francuz na swoich prawie 200 m2 pełnych podróżników. Atmosfera wydaje się być tutaj wspaniała, na ścianach wiszą obrazy malowane ręką mieszkańców, ręcznie robiona biżuteria. Od kolejnego ranka rozbrzmiewa muzyka. Wychodzimy na krótki spacer po okolicy. W Narino czuć już klimat Ekwadoru, inaczej ubrani ludzie, serwowana grillowana świnka morska jako lokalny przysmak.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ostatni autostop w Kolumbii i docieramy do Ipiales, miasteczka, z którego małym collectivo dostaliśmy się do przepięknego, oddalonego o zaledwie 6 km Sanktuarium Las Lajas. Położone w kanionie, podparte na ogromnym moście, w otoczeniu rzeki i pięknego wodospadu miejsce kultu zapiera dech w piersiach. Neogotycki kościół z 1803 roku utrzymany w szarobiałej tonacji, otoczony jest tablicami przywieszonymi tu przez pielgrzymów w podziękowaniu za opiekę i pomoc Maryi Dziewicy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Wyprawa na granicę kolejnym collectivo trwała jakieś 30 minut. Od razu po wyjściu z taksówki zobaczyliśmy ogromną kolejkę do biura migracyjnego Kolumbii.” 5 h czekania”- poinformował nas jeden z wymieniających na czarnym rynku dolary Panów, “Albo możecie zapłacić po 20 dolarów od osoby i ominąć kolejkę” – okrzyknął drugi. Postanowiliśmy spróbować szczęścia i podejść do policji z pytaniem, czy naprawdę, będąc tutaj jedynymi turystami musimy odczekać swoje. Wpuścili nas boczną bramką i już po 20 minutach z pieczątkami wyjazdowymi z Kolumbii maszerowaliśmy przez graniczny most w stronę ogromnej tablicy z napisem “Bienvenido a la Republica del Ecuador.”

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Jeśli podobają Ci się nasze teksty zostaw komentarz i polub naszą stronę na Facebooku! Dla Ciebie to tylko jedno kliknięcie, dla nas satysfakcja i motywacja do dalszej pracy!

[ ENGLISH VERSION ]

Colombia , country of the best coffee, cocaine and hot salsa !

We had a feeling leaving Guatape that we would miss those people a lot…. This is the part of travelling which is really hard to accept. During the trip You always leave a part of yourself in some places. This is the price that You have to pay for exploring the world.


The next day we ended up in a nice, small town outside of Medellin. We wanted to try getting to Zona Cafetera by hitchhiking. We made it to Jardin by three different cars listening to interesting stories about amazing areas that we were passing by, about Indians cultivating coffee and bananas around here.

We placed our tent in a camping located next to the river. We were surrounded by nature, beautiful waterfalls and all kinds of colorful birds.


Jardin is definitely one of the most beautiful places that we have visited in Colombia. City center with neo-Gothic church, settled in a valley between coffee plantations and high mountains gives this little, colonial town a unique appearance.

In the evening we were having papa rellenea ( potatoes balls filled up with meat, chicken, eggs and rice) while watching performances of some middle-aged men in ponchos and sombreros making their horse dance laps. The most popular pub was full of local people having their beers and cocktails, colombian music was played all around, outside of the bar there were horses parked in a line as cars. We felt like in the Wild West for a while.

From the lookout point of Cerro Cristo Rey we got fantastic views of town and the mountains beyond. The part of this hiking trail leads You to an amazing waterfall, You can get so close that You can feel the ice-cold breeze of water on your face.


Getting out of this town was harder that we expected. We didn’t manage to catch the morning bus, so we had to try being lucky in hitchhiking again. The road that we picked seemed to be a bit dead. During the first hour 4 cars passed by. There was only a small chance that we would ever get out of this place, but suddenly one car stopped right next to us. The farmer who has a little “finca” on the way to Riosucio gave us a ride to his propriety.

The way turned out to be amazing adventure. Two hours driving through the rain forest with palm trees in the canyon. After our off-road trip the guy offered us visiting his farm and tasting delicious passion fruits.


We had 13 km to get to the town. We were hoping to catch another car and we started walking. Time was passing by and there was absolutely no traffic here. We had to survive heavy rain and pass through a mouldy path, our backpacks were not helping at all. We decided to have a break after 8 km, we were exhausted and hungry. We didn’t plan a lot of hiking for this day, so we didn’t take enough food. We had to use our emergency glucose tubes that we had packed before to our first aid kid. Fortunately 30 minutes later we got to a very small “pueblo” , from where we took a local bus. For the last few km our legs could finally rest a bit.

We were planning to camp this day, but we had no energy to walk again. The city center seemed to be pretty calm. We managed to find a private room in the hotel near by for 23.000 pesos. Happy and very tired we could finally go to sleep.


To the camping side located 5 km from Salento we got the next evening. Kitchen, hot showers, covered places for tents and Boa snakes in caves. Perfect place to stop for a while. In the morning we got up early to go to Valle de Cocora.

This valley is a part of Los Nevados National Park and a unique place where You can find the highest, growing up to 60 m wax palm trees. We got here in a jeep working as ” collectivo”. Shared taxis in South America have no limits of passengers. You can travel outside at the back or on the roof. Creativity is more than welcome.


We picked the trail going from the stunning rainforest to the Reserva Natural Acaime- place where You can see a lot of humming-birds and get a cup of hot chocolate with cheese. Climbing to the altitude of 2800 m.n.p.m. to Finca La Montana gave us a breathtaking view  of the mountains surrounding the valley. The last part of the trail leads through palm trees’ view points. From there You can see a broad green valley framed by sharp peaks.


Salento itself is a small town which lives from coffee production and tourism. The main street is named Calle Real and it is full of shops selling souvenirs and restaurants with local food. At the end of this street are stairs which leads to Alto de La Cruz. From there You can get the nice view of the town, Valle de Cocora and volcanoes.

We managed to find an old fashion café in the city center preparing their espresso in 150-years-old coffee machine from ..Turin.


The next day we spent on hitchhiking a long way to Cali. The first driver was a guy from Canada who has his own hostel in Salento. We got an invitation for our next trip to Colombia. The second one was from Cali. He gave us a lot of tips for our stay in his city. We got information about the best salsoteca in the town!

We arrived safe to Karolina’s place, where we were supposed to stay for a few days. Karolina is a 22-years-old journalist in Cali. She writes her own blog about feminism. Together with her friend, who is a drawer , they are dreaming about publishing their own book. Work is in progress.


With a group of Karolina’s friends we spent our first night in Cali having beers , empanadas, playing guitar and dancing salsa. We had an occasion to meet people for whom music means something more. The heart of every Calenos beats in the rhythm of salsa!

The city during the day time is very hot, crowded public transport does not help. That’s why most of our time in Cali we spent on having nice walks to the river side and tasting fresh papaya.


We had found out a while before that buying a washing machine in Colombia is very expensive due to lack of factories and a need of import. We thought that a nice solution for people is having a laundry service available in every part of the city. Instead, Colombians came with the other idea. In every apartment You can find a special place prepared for a washing machine, which You have to order! We made our reservation and indeed on the scheduled day a guy came carrying a washing machine on a trolley..He told us how to use it and left it for us for 2 hours. For all of this we paid 1 dollar…


To Popayan we came with a nice driver who offered us a coffee with coconut bread and cheese on the way.

The place is definitely worth-seeing when You travelling south to Ecuador. It is named ciudad blanca, which means a white city. On the main square we found a spectacular, colonial church Iglesia de San Francisco with the picture of John Paul II and the collection of seven side altars. The city center is full of students due to numerous universities.

To Narino’s capital we had another 240 km and apparently 12 hours of totally crazy hitchhiking way. First 100 km we were going with a nice Colombian family. For the second part of the trip we caught a truck transporting mango. We stopped in Charco de Burro to swim in the river and passed by Bordo which is still a Colombian capital of cocaine. You can buy 1 kg for not even 100 dollars on a local farm here.


Pasto. We got to our couchsurfing host’s place just  before midnight. A nice French guy welcomed us in his 200m2 full of travellers. This apartment looked amazing, it was full of drawings made by people living here and hand-made jewellery on the walls. From the very early morning we heard people playing music. We had a nice walk in the city center. You could feel like being in Ecuador already here. People were dressed up differently, the “cuy asado” (guinea pig) was available to taste in every second bar.

Our last stop in Colombia was Ipiales, from where we took a collectivo to visit an amazing Sanctuario de Las Lajas. The church is located on a big bridge in the middle of the valley surrounded by the mountains, a huge river and a spectacular waterfall. The pilgrims place from XIX century is definitely the most beautiful Sanctuario that we have ever seen.


We got to the border the next morning. “5 hours waiting”- said to us a guy selling dollars on the black market. ” Or You can pay 20 dollars each to skip the line”- added the other one. We decided to try asking the Colombian police if we really had to wait that long as being the only tourists here. We were lucky and after 20 minutes with stamps in our passports we were walking through the bridge at the end of which we saw a big sign saying ” Bienvenido a La Republica del Ecuador”.

If You like our website, leave us a comment and „like it” on Facebook. For You it’s just few seconds, for us it’s a great motivation to improve!

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *