Biuro migracyjne Ekwadoru, tym razem kolejka na co najmniej 2 godziny czekania, której nie sposób było ominąć. 20-30-osobowe grupy ludzi uciekające z Wenezueli to większość oczekujących tu na pieczątkę wjazdową. Z częścią z nich udało nam się porozmawiać. Sytuacja polityczno-ekonomiczna ich kraju jest obecnie dramatyczna. Zamknięty został rynek handlu zagranicznego, w sklepach nie da się kupić absolutnie nic. Przeciętna pensja lekarza to około 2 dolarów za miesiąc pracy. Skorumpowany rząd wszystkie pieniądze wkłada do swojej kieszeni. Kraj piękny i bogaty w zasoby naturalne upada właśnie przez nieumiejętne zarządzanie, a mieszkańcy starają się emigrować do innych krajów Ameryki Południowej. Nie mogąc znaleźć zatrudnienia w najbliższej im Kolumbii, próbują szczęścia w Ekwadorze lub Peru.


Po otrzymaniu pieczątek wjazdowych i wizy turystycznej na 90 dni wybraliśmy się w poszukiwaniu collectivo do najbliższego miasteczka Tulcan. Nie zdziwcie się, jeśli taksówkarze zażądają od Was wyższej opłaty za przejazd niż od miejscowych i nie bójcie się walczyć o swoje. Bycie gringo nie oznacza zgody na okradanie Was na każdym kroku.
Bus do Otavalo kosztował nas 3,75 dolara od osoby. Dojechaliśmy na miejsce około 21 i rozpoczęliśmy swoją wędrówkę w poszukiwaniu, znalezionego wcześniej w internecie- hostelu El Tio, znajdującego się 6 km drogi od centrum. Tym sposobem późno w nocy trafiliśmy na Indiański camping z widokiem na wulkan i wsłuchiwaliśmy się w dźwięki gitary przy ognisku. Kolejnego dnia wybraliśmy się do miasta na Plaza de Los Ponchos w poszukiwaniu swoich wymarzonych poncho z alpaki. Ilość i różnorodność sprzedawanych na indiańskim targu swetrów, poncho, sombrero i innych pamiątek przewyższyła nasze oczekiwania.

Przepiękne rękodzieła sprzedawane tutaj były w naprawdę atrakcyjnych cenach, które spadały jeszcze po chwili targowania się.
Ogrzewając się kawą i gorącymi empanadas przyglądaliśmy się ludziom. Co drugi mężczyzna wyglądał tu jak Jackie Chan. Kobiety ubrane były w eleganckie ludowe stroje składające się z białych haftowanych bluzek, długich spódnic i kolorowych szali.


Po dwóch dniach spędzonych na mroźnym campingu nocnym autobusem wybraliśmy się w drogę na wybrzeże Pacyfiku, gdzie mieliśmy niebawem rozpocząć pracę na plantacji kakao. Po długiej nocy spędzonej w autobusie i ekwadorskim, sytym śniadaniu złożonym z ryżu, jajek i kiełbasy, dotarliśmy w końcu na swoją farmę w Jipijapa. 35 stopni, ogromna wilgotność i mnóstwo komarów. Zostaliśmy zakwaterowani w bambusowym domku wraz z drugą parą, również zaczynającą swój workaway. Właściciel przyjechał do nas późnym popołudniem, informując że w wybranym przez nas tygodniu zbiorów kakao nie będzie, przez 6 kolejnych dni mieliśmy się więc zajmować szeroko pojętym ogrodnictwem. Kolejnego poranka zjawiliśmy się o umówionej 6:30 na obiecane śniadanie, które jak się okazało z tostów, jajek i kawałka sera w okropnie brudnej kuchni mieliśmy sobie przygotować sami. Na kolejne 5 godzin naszym zadaniem zostało obcinanie żywopłotu tępymi nożyczkami, pomimo iż na całym obiekcie wystarczająco dużo było innej bardziej potrzebnej pracy do wykonania. Zaraz po lunchu postanowiliśmy uciekać w dalszą podróż i nie marnować tu więcej swojego czasu.


Na dziki camping nad Pacyfikiem do Santa Marianita dostaliśmy się późnym wieczorem. Rybackie miasteczko pełne było turystów, kitesurferów i kormoranów. Poza plażami i pysznym ceviche nie oferowało jednak zbyt wiele.
Zmęczeni upałem i turystycznym wybrzeżem postanowiliśmy wracać w góry. Na chwile zatrzymaliśmy się w małej wiosce na campingu. Właścicielka obiektu zabrała nas na swoją farmę, opowiedziała o uprawie platanów na swoich kilku hektarach i poczęstowała nas pysznymi dojrzewającymi w tutejszym słońcu bananami. Kolejnego poranka przygotowała dla nas śniadanie i kawę. Nie próbowaliśmy jeszcze nigdy lepszych smażonych platanów z sosem orzechowym.
Kolejny cały dzień spędziliśmy w autobusach, próbując przejechać jak najwięcej kilometrów. Zatrzymaliśmy się na camping w malutkiej miejscowości La Esperanza, z której kolejnego dnia ruszyliśmy autostopem do Latacungi. Trasa prowadziła przez wzniesienia do 3800 mn.p.m., widoki niezapomniane. Po dotarciu do centrum miasta pierwszy raz udało nam się zobaczyć smażone na ruszcie świnki morskie. Po obiedzie złapaliśmy busa do małej miejscowości Pastocalle, gdzie zatrzymaliśmy się w górskiej chacie na couchsurfingu, by zacząć aklimatyzację przed wspinaczką.

Ekwadorska Cabana, należąca do Jorge, leżała około 15 minut pieszej wędrówki od miasteczka. Wyposażona była w kominek, kuchnię i ciepły prysznic, wszystko, czego potrzebowaliśmy. Wodę pitną przynosiliśmy codziennie z miasta, drewno na opał do ogrzania domu zbieraliśmy w eukaliptusowym lesie, na lunch chodziliśmy na miejscowy targ, z internetu korzystaliśmy w małych kafejkach, a na większe zakupy jeździliśmy lokalnymi pick-upami na pace do Lasso- oddalonej o 6 km nieco większej wsi. Spróbowaliśmy, więc przez kilka dni, życia w ekwadorskiej rzeczywistości.
We wtorkowy poranek ruszyliśmy z plecakami pełnymi jedzenia, sprzętu trekkingowego i campingowego w stronę Los Ilinizas. Wspinaczka na Illiniza Norte miała posłużyć nam jako część aklimatyzacji przed zdobywaniem Cotopaxi, ostatecznie stała się celem samym w sobie. Dlaczego, o tym nieco później..


Dotarliśmy autostopem do malutkiej miejscowości El Chaupi będącej bazą wypadową na szlaki Iliniza Norte i Iliniza Sur. Zamówionym jeepem, wraz z poznanym chwilę wcześniej chłopakiem z Indii, również planującym atak na szczyt kolejnego dnia, dotarliśmy najpierw do budynku administracji Parku Narodowego, a później do Campo de La Virgen, skąd mieliśmy zacząć około 3-godzinny trekking do schroniska Refugio Nueves Horizontes. Początek trasy był dość wypoczynkowy, przechodząc później w wysokogórski szlak z przewyższeniami do około 450 m. Zmieniająca się roślinność i zapierające dech w piersiach widoki- dosłownie i w przenośni, wysokość ponad 4 000 mn.p.m. dawała o sobie znać, oddech stawał się szybki i krótki. Ostatnią godzinę maszerowaliśmy w deszczu, który na ostatnie pół kilometra zmienił się w grad. Schronisko wyglądało jak opuszczony barak, pozostawiony gdzieś wysoko w górach. Dookoła leżała 2-cm warstwa śniegu, obok snuły się dwa zmarznięte lisy. Okazało się, że w środku nie ma ogrzewania, ani elektryczności. Ku naszemu zaskoczeniu działała gazowa kuchenka, co pozwoliło nam, chociaż na gorący posiłek i zagrzanie rąk, kubkiem herbaty z miodem i imbirem. Nie chcieliśmy wyobrażać sobie spędzenia tu nadchodzącej nocy. Temperatura zaczęła już spadać poniżej 0. Założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe ubrania, które ze sobą zabraliśmy, w środku schroniska rozłożyliśmy namiot i próbowaliśmy zasnąć w naszych polarowych śpiworach. Ciężko było uwierzyć, że właściciel schroniska życzył sobie 15 dolarów od osoby za spanie w takich warunkach.


5:00 rano kolejnego dnia. Wstajemy z sinymi z zimna ustami. Wypijamy kilka łyków gorącej kawy i całą trójką ruszamy w stronę szczytu. Wszystko w zasięgu naszego wzroku jest pokryte śniegiem, skały Ilinizas błyszczą się soplami lodu. Pomimo wszystko decydujemy się spróbować. Pogoda zachęca do trekkingu, pasmo górskie pięknie oświetla słońce. Wdrapujemy się na pierwszą grań, stopy i ręce mamy już zamarznięte, co jakiś czas obok nas spadają sople z kawałkami skał. Zatrzymujemy się, by złapać oddech i naładować energię czekoladą. Śnieg przykrywa większość trasy, mamy więc wrażenie wytyczania własnej, niekoniecznie prawidłowej ścieżki. Trekkingowe buty ślizgają się na skałach pomimo założonych raków. Widoki są nieprawdopodobne, gdzieś w dolinie między szczytami widać błękitną lagunę, w oddali mienią się centra małych, górskich miasteczek.

Docieramy do miejsc, gdzie praktycznie wisimy na kawałkach skał. Wysiłek jest ogromy, ale duma i satysfakcja ze wspięcia się na imponujące ponad 5000 mn.p.m. jeszcze większa. Walka nie kończy się tutaj, pogoda zaczyna się diametralnie zmieniać. Ze szczytu schodzimy w gęstej mgle i chmurach, ostrożnie podążając za swoimi śladami. Widoczność pogarsza się jeszcze bardziej, gdy zaczyna padać grad, szronem pokryte jest już wszystko wokół nas. Po 1,5 godziny docieramy do schroniska. Kilka minut później zaczyna szaleć burza z piorunami, pada gęsty śnieg. Góry po raz kolejny pokazują nam swoją siłę i nieprzewidywalność, adrenalina trzyma nas przy życiu jeszcze przez kilka godzin. Z jednym z przewodników przebywającym akurat w schronisku docieramy bezpiecznie do Campo de La Virgen, skąd wyprawowym jeepem wracamy do El Chaupi.
Illiniza Norte staje się dla nas celem samym w sobie po rozmowie z przewodnikiem, który informuje nas, że właśnie pokonaliśmy samotnie trudniejszą i bardziej widowiskową trasę, niż tę prowadzącą na lodowiec Cotopaxi.


Zdecydowaliśmy wyruszyć więc w swoją dalszą podróż. Obowiązkowym jej punktem było odwiedzenie Muzeum na geograficznym równiku. Chcieliśmy postawić stopy na dwóch półkulach jednocześnie.
Po przemierzeniu całego Quito trzema różnymi, zatłoczonymi autobusami miejskimi pełnymi mówców- opowiadających o swym ciężkim życiu lub głoszącym prokatolickie hasła i sprzedawców- oferujących do zjedzenia i wypicia wszystko, o czym bylibyście w stanie pomyśleć od czekolady, przez świeże owoce, gorące bułki, wodę kokosową, aż po salchipapas, dotarliśmy w końcu na północny terminal autobusowy, z którego złapaliśmy transport do Mitad del Mundo. W samym centrum miasteczka mieści się ogromny pomnik, symbol lokalizacji na Drodze Słońca, w samym środku świata. Małe Muzeum Intinan znajduje się niespełna 200 m dalej. Możemy tu sprawdzić, iż rzeczywiście znajdujemy się na szerokości geograficznej 00’00” 00”’. Zaobserwujemy tu działanie siły Coriolisa, zmniejszenie masy ciała i spróbujemy postawić jajko na gwoździu. Dodatkowo dowiadujemy się sporo o życiu i zwyczajach grup etnicznych żyjących w Amazonii oraz o uprawie kakaowców i produkcji jednej z najlepszych czekolad na świecie.


Nocnym autobusem przedostaliśmy się do Cuenca, miasta na południu Ekwadoru, wpisanego na listę UNESCO. Centrum Cuenca było czyste i pełne pięknych, antycznych, odrestaurowanych kamieniczek i kościołów. Spacer ulicami Starego Miasta zaprowadził nas na lokalny Mercado. Oprócz ogromnego targu owoców, warzyw i mięsa, można tu było kupić wszystkie rodzaje olejków eterycznych, ziół, a nawet mydło ze świnki morskiej., którą piętro wyżej, na dziale z jedzeniem na ciepło, można było również zjeść z rożna.

Minęło 6 miesięcy naszej podróży, udało nam się przepłynąć Ocean Atlantycki, Morze Karaibskie, odwiedzić osiem państw, przejechać busami i autostopem tysiące kilometrów, poznać setki ludzi, zdobyć kilkanaście szczytów, odwiedzić kilka Parków Narodowych, pracować w Kolumbii, zobaczyć kormorany na wybrzeżu Pacyfiku, wejść na ponad 5 000 mn.p.m. i stanąć na równiku. Wszystko minęło jak kilka chwil, a nam wciąż mało przygód. Ruszamy właśnie odkrywać Peru.

Zostaw komentarz