Kolejna granica, którą pokonujemy międzynarodowym, komfortowym autobusem…a nie poczekajcie, przecież okazało się, że dla kontrastu z resztą kraju, gdzie możecie pławić się w transportowych luksusach, na tej jedynej trasie kursują tylko niemal rozpadające się blaszane krypy.. Jedziemy więc naszą błękitną krypą z masą Peruwiańczyków, z których część to przemytnicy- rozdający zaraz na początku trasy wagony papierosów ludziom w autobusie- wiozą ich całe stosy na sprzedaż w droższym o niebo Chile, a limity są bezlitosne.

Dojeżdżamy do kolejnego kraju. Nić niepewności i ekscytacji towarzyszy nam przy przekraczaniu kolejnych granic. Na szczęście do urzędu migracyjnego nie ma kolejki. Stajemy więc do odprawy paszportowej i… okazuje się, że przy wjeździe do Peru wpisano z błędem nasze nazwiska do systemu, z tego też powodu pozostaje nam cierpliwie czekać przez kolejne 40 minut, aż urzędnikom uda się owe literówki wyjaśnić. Chwilę później, przesympatyczni celnicy prześwietlają nasze bagaże. Obowiązuje tu ścisła kontrola fitosanitarna, absolutny zakaz wwożenia do kraju owoców, warzyw, nabiału, mięsa i innych świeżych produktów. Nikt o nic jednak nie pyta, no może poza Lewandowskim i polską wódką.


Pierwsze miasto w Chile nie wprawia nas w zachwyt, pełno tu szarych, niespecjalnie atrakcyjnych ulic i budynków. Próbując poznać lokalne ceny w nowym kraju, wybieramy się do supermarketu, co okazuje się dla nas niezwykłą atrakcją. Po miesiącach spędzonych w Ameryce Południowej dobra i wynalazki nowoczesnej cywilizacji są dla nas zupełnie obce. Dziwi nas ilość dostępnych produktów i ich różnorodność. Do tej pory o wszystko musieliśmy walczyć na licytacjach, gdzieś na lokalnych targach. Ceny też dziwią, ale mniej pozytywnie..wszystko kosztuje tutaj naprawdę dużo. Kupując świeże pieczywo, owoce i jogurty po prawdziwie zachodnioeuropejskich cenach wybieramy kierunek na wylotówkę biegnącą na autostradę. Póki co chcemy autostopem dostać się gdziekolwiek. Przed nami jakieś 3 tys. kilometrów do pokonania. W Europie brzmi to, jak pokonanie połowy kontynentu na raz, tutaj to, jak mówią kierowcy „taki większy kawałek trasy”.

Po 1,5 h udaje się wsiąść do pierwszego auta, którym dziś mamy pokonać swoje pierwsze 300-400 kilometrów. Staramy się wejść na wyżyny swoich językowych umiejętności i porozmawiać w swoim bardzo podstawowym hiszpańskim.
Kobieta około 50 lat, bardzo zadbana i elegancka, podróżuje wraz ze swoim synem, który właśnie kończy studia prawnicze w stolicy. Opowiadają nam o tutejszych zwyczajach, o masowym napływie imigrantów z innych krajów Ameryki Południowej, o związanych z tym problemach z przemytem, nielegalnym zatrudnieniem i handlem narkotykami, doradzają nam jakie miejsca w ich pięknym kraju powinniśmy wpisać na swoją listęmust see. W duchu myślimy sobie, że niestety będziemy musieli zostawić sobie je na kolejną wyprawę. Teraz przejeżdżając przez pustynną północ kraju, trochę żałujemy, że nie udało się tu dotrzeć wcześniej.

Późnym wieczorem docieramy do Iquique. Nadmorskiej miejscowości, w której żegnamy naszych dobroczyńców i biegniemy złapać nocny autobus, którym udaje nam się przejechać następne 500 km. Do nadmorskiej Antofagasty docieramy wcześnie rano, dosypiając jeszcze na dworcu, aż do wschodu słońca. Jemy świeże bagietki nad brzegiem Oceanu, cieszymy się porannym pięknym słońcem i pyszną kawą. Zatrzymujemy się w porcie i w przydrożnych parkach. Miasteczko zaskakuje nas uporządkowaniem i czystością. Wygląda już bardzo europejsko. Trzeba przyznać, że trochę odzwyczailiśmy się od takich widoków. Wracają galerie handlowe, pomysłowe kawiarnie i puby, eleganckie restauracje, ogromne biurowce, korty tenisowe, ośrodki sportowe, drogie hotele i zielone przestrzenie, w których można złapać oddech od miejskiego życia.


Wyjeżdżamy jeszcze tego samego dnia autostopem do autostrady. Kolejny samochód, a właściwie ogromna ciężarówka wioząca papier toaletowy łapie się na stopa sama. Dwóch sympatycznych, młodych Chilijczyków, widząc nas, dzielnie maszerujących z ciężkimi plecakami przez Atacamę, pyta czy nie chcemy się z nimi zabrać do La Serena, albo do samego Santiago rozbijając, prawie 24-godzinną trasę, na 2 dni. Decydujemy się na drugą opcję, co skutkuje gimnastyką językową przez co najmniej dwie doby i spaniem na pace ciężarówki w namiocie pomiędzy górami papieru toaletowego… Podczas podróży wysłuchujemy najróżniejszych historii życia obu chłopaków, którym praca w firmie transportowej zapewnia niezły byt, jemy najlepszą chilijską casuelę (coś w rodzaju rosołu z kukurydzą i dynią) w przydrożnym barze i wspólnie obserwujemy migające za oknami krajobrazy.


Gdzieś pośrodku pustyni widzimy snującego się samotnie przy drodze staruszka i jego własnoręcznie wybudowany dom, który może trafniej trzeba by było nazwać schronem. Podobno mieszka tu od czasu, gdy cała jego rodzina zginęła dokładnie w tym miejscu w wypadku samochodowym. Mężczyzna całkowicie oszalał po stracie bliskich, postanowił zbudować dla nich małe groby i zamieszkać w „ich świątyni”. Kierowcy mówią, że trwa tu tak już od lat, sam pośrodku Atacamy, prosząc przejeżdżających tędy ludzi o zostawianie dla niego wody i jedzenia. Smutna i poruszająca historia wprawia nas w nieco refleksyjny nastrój na następne godziny.

Kilometr 1309 autostrady i ku naszemu zaskoczeniu na horyzoncie bezkresnej pustyni nagle, w oddali pojawia się dziwny pomnik, kształtem przypominający wystające z piasku…palce. Kto postawił tu coś takiego? Otóż Mano del Desierto, czyli 11-metrowa Ręka Pustyni stoi tutaj od 1992 roku, kiedy to Mario Irarrazabal– artysta pochodzący z Santiago, postanowił stworzyć swoje, wykonane z żelaza i cementu, mistyczne dzieło i wybrać dla niego dość nietypowe położenie- w suchym i skalistym krajobrazie pustynnym.
Świat widziany przez okna ciężarówki, aż prosi nas – wysiądźcie! Tyle jeszcze ma do zaoferowania. My jednak bezlitośnie mijamy przepiękne stepy, klify i nadmorskiej miejscowości. Docieramy do Santiago po 3 dniach podróży z peruwiańskiej granicy. Zmęczeni, brudni i niewyspani, a jednak wciąż uśmiechnięci.


Metrem zmierzamy pod adres umówionego couchsurfingu. Pablo wita nas w swoim mieszkaniu w modnej i eleganckiej części stolicy. Ratuje nasze zmęczone kości pysznym, ciepłym obiadem, gorącym prysznicem i niezwykle wygodnym łóżkiem, którego nie widzieliśmy już od dawna. Chłopak od jakiegoś czasu pracuje w korporacji, zarabiając tu dobre pieniądze. Jest tylko jeden problem- swojej pracy szczerze nienawidzi, z zamiłowania jest magikiem i podróżnikiem. Postawił więc wszystko na jedną kartę, złożył wypowiedzenie i kupił bilet do Kolumbii w jedną stronę… Niecierpliwie czeka więc na swoje przygody, zainspirowany naszymi opowieściami o jachtostopie, zaczął nawet planować przedłużenie swojej wyprawy i może zahaczenie o Europę?


Kolejnego dnia pozwalamy sobie na nieco lenistwa i odsypiamy podróż. Na zwiedzanie Santiago ruszamy dopiero wieczorem, zmierzając na spotkanie z naszą polską znajomą, która niedawno postanowiła wyjechać do Chile do pracy, rezygnując na trochę z życia w szarej Warszawie. Tu wszystko toczy się dla Magdy innym trybem. Opowiada nam o urokach i problemach kraju, o korupcji i kulejącej jeszcze ekonomii, a jednocześnie o przesympatycznych mieszkańcach, ciekawych tradycjach i zaskakująco pięknej naturze.


Kolejny raz spotykamy się wszyscy wraz z Pablo w La Piojera. Najstarszym chyba chilijskim barze w Santiago, na pyszne lokalne drinki- Terremoto. Czyli po hiszpańsku- trzęsienie ziemi, dosłownie- prawie pół litra białego wina na którymś etapie fermentacji, lody ananasowe i syrop grenadine. Zdradliwe i pyszne, przy wstawaniu od stolika trzeba uważać na prawdziwe trzęsienie ziemi w głowie. Bar jest wypełniony Chilijczykami, traktującymi grupę gringo jako swoistą atrakcję. Zapachy wilgotnych murów, moczu, alkoholu mieszają się z tanimi perfumami. Słychać głośne rozmowy, lokalną muzykę, panuje tu okropny gwar, w którym jak ostatecznie i zgodnie uznajemy- jest mnóstwo uroku.
Całą grupą wracamy do mieszkania Pablo na pisco i własnoręcznie przygotowane „Completo Italiano– chilijski przysmak- hot-dog z parówką, awokado, pomidorami i majonezem, uwielbiany w Santiago na śniadanie, lunch i kolację. Udaje nam się spróbować też (podobno najlepszych w stolicy) empanadas z mięsem mielonym, cebulą i jajkiem.
Kilka dni później czekamy w kolejce do odprawy celnej na lotnisku w Santiago.. Przecież mieliśmy przejechać autostopem przez Argentynę, więc dlaczego się nie udało?? Już wyjaśniamy..


Któregoś leniwego popołudnia w stolicy Chile, wracając z centrum metrem, widzimy na jednej ze stacji poruszenie- wyobraźcie sobie, że całe zamieszanie spowodowane jest …śniegiem i gradem padającym za oknami, którego mieszkańcy nie widzieli tutaj od 15 lat!! Udało nam się uciec przed europejską zimą, by dopadła nas tutaj w Ameryce Południowej. Granica chilijsko-argentyńska jest zlokalizowana wysoko w Alpach, w związku z intensywnymi opadami i temperaturą sięgającą -21 stopni, została zamknięta do odwołania, co skutecznie pokrzyżowało nasze plany. Marzyliśmy o podziwianiu argentyńskich krajobrazów, choćby przez okna samochodu. Codziennie, przez okrągły tydzień wędrowaliśmy na terminal autobusowy, w nadziei, że któregoś dnia usłyszymy w okienku coś innego niż: „La frontera esta cerrada.”.. Nie udało się, czekaliśmy praktycznie do ostatniej chwili z zakupem biletów na przelot do Buenos Aires.


Wylądowaliśmy w stolicy Argentyny we wtorkowe popołudnie. Mróz był nie do zniesienia także tutaj. Teraz tęskniliśmy już trochę za ciepłą i słoneczną Europą. Zatrzymaliśmy się na kolejny couchsurfingu u Fernando i jego narzeczonej, którzy już pierwszego dnia zorganizowali dla nas pyszną kolację z degustacją lokalnej mate.
Czasu wystarczyło tylko na szybki spacer po dość awangardowej dzielnicy- Palermo, podziwianie z zewnątrz ogrodów, parków i zabytków, no i może jeszcze na małą kawę gdzieś w otoczeniu pięknych kamienic. Przyszedł czas na długą przygodę z powrotem do Europy.
Bilety kupiliśmy już jakiś czas temu za pośrednictwem MyTrip.com, w naprawdę okazyjnej cenie 390 dolarów od osoby. Połączenie było dość skomplikowane, bo składające się, aż z 3 przesiadek. Niemniej jednak skusiło nas rozsądną ceną i organizacją wszystkich lotów przez jedną, brazylijską linię lotniczą Azul.


Pierwszym samolotem bez problemów dostaliśmy się do Belo Horizonte w Brazylii, otrzymując pieczątki wjazdowe od chyba najbardziej znudzonego życiem celnika, jakiego widzieliśmy w życiu. Pierwszy raz przy przekraczaniu granicy, nikt nie zadał nam nawet jednego pytania. Sprawnie zmieniliśmy więc samolot, na ten lecący w stronę Sao Paulo. I tu zatrzymaliśmy się na prawie 9 h, oczekując na swój ostatni najdłuższy lot do Lizbony. Dziwne było myśleć, że już za kilkanaście godzin mieliśmy po tylu miesiącach znaleźć się w niby znajomej, a jednak nieco obcej dla nas rzeczywistości. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że będzie nam brakowało tego bałaganu Ameryki Południowej, tutejszego gwaru, pysznego jedzenia, jeżdżenia samochodami na pace i przede wszystkim tych magicznych, niesamowitych miejsc. Uśmiechaliśmy się na wspomnienie tych wszystkich niezapomnianych chwil spędzonych na górskich trekkingach, na campingach, pustyniach, wybrzeżach dwóch Oceanów. Naprawdę ciężko jest pogodzić się teraz z koniecznością powrotu do normalnego świata.


Nasz międzykontynentalny lot zaoferował nam wszystkie możliwe wygody, rozkładane fotele z podnóżkami, koce, poduszki, komputery z wgraną najróżniejszą muzyką, filmami, grami komputerowymi i wizualizacją naszego lotu, gorące dania, pyszną kawę, najróżniejsze zimne napoje i wina. Wypoczęliśmy, odespaliśmy w komfortowych warunkach i z nową energią obudziliśmy się na lotnisku w Lizbonie późnym wieczorem.
Porannym autobusem dotarliśmy do Porto. Spacerując starówkowym deptakiem i robiąc setki zdjęć, obiecaliśmy sobie wrócić do tego miejsca w kolejnej podróży. Na lotnisku spotkaliśmy tłumy Polaków tak jak my czekających na wieczorny lot Wizzair do Wrocławia. Głośno rozpamiętująca swoje przygody wycieczka szkolna z przewrażliwionym i zestresowanym nauczycielem, przyjaciółki wracające po urlopie do swojej nudnej pracy w korporacji, „typowy Janusz” usilnie próbujący rozmawiać z portugalską stewardesą po polsku, kilka rodzin z dziećmi wiozącymi ze sobą chyba całe domy…i wiecie co jakoś właśnie w tym momencie przeszła nam przez głowę myśl, że może jest jakiś cień szansy, żeby w ostatniej chwili zmienić kierunek lotu…
Tęskniliśmy oczywiście za wszystkim, za naszymi rodzinami, przyjaciółmi, za posiadaniem własnego kawałka podłogi, za naszymi ukochanymi miejscami, do których tak często wracaliśmy, ale podróże to chyba coś, co tak bardzo uzależnia, że po jakimś czasie nie jesteś się w stanie uwolnić się od nałogu. Ciągle myślisz o tym, co nowego trzeba zobaczyć i przeżyć. Jakoś boli Cię myśl, że wracasz do codzienności, kiedy tyle świata zostało jeszcze do zobaczenia, tyle wspaniałych miejsc do odkrycia, tyle ludzi do poznania. I ciągle Ci mało, choć innym wydaje się, że w podróży jesteś już całą wieczność..

Najważniejsze pytanie brzmi, czy będziesz gotowy powiedzieć “tak” swojej nowej przygodzie.


Zostaw komentarz