Przejście graniczne, które oglądaliśmy z okien autobusu, pełne było imigrantów. Ludzie zaczęli rozkładać w kolejce całe obozowiska, pewnie czekali tu już od co najmniej kilku dni. Transporty międzynarodowe na całe szczęście mają pierwszeństwo w otrzymywaniu pieczątek wjazdowych do kraju. Pomimo wszystko formalności zajęły prawie 3 godziny. Z 60-dniową wizą turystyczną w paszporcie kontynuowaliśmy swoją podróż w stronę Chiclayo.
Nasz hostel znajdował się, jak zwykli mówić miejscowi, na granicy bezpiecznej i niebezpiecznej części miasta. W okolicy nie było już asfaltowych dróg, w powietrzu unosił się gęsty pył, na poboczach leżały tony wyrzuconych tutaj śmieci. Ulicę dalej znajdował się ogromny targ, na którym można było spróbować pysznego, lokalnego ceviche, świeżych owoców i sera. Centrum też pełne było targowisk, piekarni, małych jadłodajni, ferreterii i warsztatów samochodowych. Pustynny klimat można było odczuć w ciągu dnia, temperatura sięgała tutaj 35 stopni.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Postanowiliśmy wymienić nieco dolarów na peruwiańskie pesos i wyruszyć w drogę do Huaraz.
Banki i kantory oferują niekorzystny i bardzo zaniżony kurs wymiany walut. Jeden z mieszkańców polecił nam bezpieczny nieoficjalny punkt. Na ciemnej, zakratowanej klatce schodowej należało głośno krzyknąć Hermana, wówczas po schodach schodziła około 80-letnia kobieta, zasiadała za drewnianym stolikiem, a spod kurtki wyjmowała plik soli i dolarów, pytając- To ile? Wymieniliśmy 100 dolarów, zostając uraczeni historią o zaginięciu jednej z turystek w Chiclayo oraz pouczeniami, jak bezpiecznie poruszać się po Peru.

Podróż do Huaraz z przesiadką w Trujillo zajęła nam prawie 12 godzin. Po drodze mijaliśmy hektary pustynnych krajobrazów, miejscami zmieniających się w wysypiska śmieci. Praktycznie brak samochodów, po ulicach kursowały jedynie busy i mini-vany.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Rano obudził nas prawdziwy górski, silny wiatr i niska temperatura. Zmieniliśmy wysokość na ponad 3 000 m n.p.m. Śniadanie zjedliśmy na lokalnym targu, przyglądając się z ciekawością peruwiańskim strojom ludowym, w które ubrane były sprzedawczynie. Wysokie zamszowe kapelusze ze zdobieniami, spódnice na tiulu i kolorowe chusty na plecach, służące do noszenia zakupów lub dzieci. Zatrzymaliśmy się w hostelu Climbing Point, co prawda oddalonym od centrum o 15-20 minut drogi, ale prowadzonym przez przesympatyczną parę. Prywatny pokój ze śniadaniem dostaliśmy tutaj za 34 zł.


Chcieliśmy zorganizować kilkudniowy trekking w Huascarán National Park. Wybraliśmy Santa Cruz, jako najbardziej widowiskowy i odpowiadający naszym ramom czasowym. Wydrukowaliśmy kilka map, zrobiliśmy ogromne zakupy, uzupełniliśmy apteczkę. Poradami na temat szlaku posłużył nam Chalex, górski przewodnik poznany przez couchsurfing.
Opowiedział nam nie tylko o przepięknych, otaczających nas Andach, ale poruszył też wiele aspektów kulturowych i politycznych kraju. Mówił, o tym, iż obecnie sytuacja w Peru jest stabilna, ale wciąż panuje bieda, miasta są zaniedbane, a ludzie niewykształceni. Wszechobecna jest korupcja, rząd nie chce inwestować w edukację mieszkańców, bo jak powiedział Chalex, naiwnym, robotniczym społeczeństwem łatwiej jest sterować niż inteligencją. Wspomniał o głośnej sprawie jednego z rządzących, który próbował zbudować z Peru potęgę, przemycając kokainę do Japonii. Twierdził, że był on dla państwa jedyną nadzieją na postęp i rozwój, ponieważ pomimo milionów, które zarabiał na użytek swój i rodziny, ogromne środki z kokainowego biznesu przeznaczał na budowę w kraju szkół, szpitali, dróg i urzędów, planując wykształcić mieszkańców i dać im zatrudnienie. Wszystkie inwestycje zostały zatrzymane w momencie, w którym został zamknięty za przemyt narkotyków. Wróciły rządy peruwiańskich polityków próbujących dorobić sobie na państwowym budżecie.

Wieczorem tego samego dnia ruszyliśmy do Yungay, by kolejnego dnia wcześnie rano kontynuować drogę do Vaquerii, górskiego miasteczka będącego punktem startowym 3-dniowej trasy trekkingowej Santa Cruz.W małym hostelu przy dworcu w Yungay, gdzie zatrzymaliśmy się na noc, ku naszemu zdziwieniu i radości spotkaliśmy Polaka, podróżującego rowerem po Ameryce Południowej. Stanisław od dłuższego czasu przemierza setki kilometrów na swoich dwóch kołach, campingując, poznając ludzi i tutejszą kulturę. Wymieniliśmy się podróżniczymi historiami, pierwszy raz od wielu miesięcy mogąc rozmawiać po polsku.

Rano rozpoczęliśmy od zupy i kawy na lokalnym targu, po czym ruszyliśmy w swoją długą, kamienistą i górzystą drogę do Vaqueria, którą przerwał jedynie krótki postój na zakup biletów do Parku Narodowego. W naszym przypadku kosztujących 60 soli od osoby za 3-dniowy trekking. W Vaqueria nie ma już kompletnie nic poza dwoma malutkimi sklepami z podstawowym wyposażeniem i wypożyczalnią osłów.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dzięki podniesieniu się z łóżek bladym świtem pierwsze kroki na szlaku stawialiśmy już o 10:30. Na początku droga prowadziła wzdłuż małych wiosek, by zacząć się wznosić ku pierwszej bazie campingowej i punktowi kontrolnemu. Był to nasz pierwszy postój po kilku kilometrach marszu. Do bazy Paria dotarliśmy około 14. Mając jeszcze sporo zgromadzonej energii, postanowiliśmy kontynuować trekking, aż do nieoficjalnego campingu. Przed nami było 5 km wspinaczki pod górę z ciężkimi plecakami. Wykończeni, w mrożącym nas deszczu dotarliśmy do celu przed 17. Gorący posiłek był jak nagroda. Temperatura spadła szybko po zachodzie słońca poniżej zera. Noc była mroźna i wietrzna. Rano zastaliśmy oszroniony namiot.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zebraliśmy swój obóz jeszcze przed 7, by zacząć, jak się wydawało najtrudniejszy, wspinaczkowy dzień. Mieliśmy przed sobą do zdobycia prawie 5 000 m n.p.m. Trasa od tego momentu stała się prawdziwie widowiskowa. W słońcu mieniły się ośnieżone szczyty, po kamienistych zboczach spływały ogromne wodospady. W dolinach błyszczały piękne zielono-niebieskie laguny. Najdłuższe 4 km w naszym życiu, okupione ogromnym wysiłkiem i udało się, po prawie 3 godzinach wspinaczki pod stromy szczyt, dotrzeć na Punta Union. Kolejny raz satysfakcja z pokonywania własnych barier i widok z 4870 metrów wynagrodziły całe zmęczenie. Czekał nas jeszcze 10-kilometrowy trekking przez dolinę pełną campingów, w której wypasały się stada krów i lam oraz niewielką pustynię wciśniętą pomiędzy zbocza gór. Około 14 dotarliśmy na camping nad rzeką. Nasze dobrze wyposażone plecaki pozwoliły nam rozbić tutaj prawdziwe obozowisko. Dzięki specjalnym pojemnikom na wodę mieliśmy jej wystarczająco do picia, gotowania, zmywania i umycia się. Benzynowa kuchenka pozwoliła przygotować zasłużony, ciepły obiad. Przez małe okno namiotu widać było jeden z zaśnieżonych szczytów i spadającą wysoko z gór kaskadę. Kilkaset metrów od nas kolejna laguna. Co jakiś czas słychać było galopujące po szlaku konie. To był chyba najpiękniejszy dziki camping, jaki mogliśmy sobie wymarzyć.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Trzeci dzień trekkingu zaczęliśmy dosyć późno, wiedząc, że zostało nam do celu 15 km stosunkowo płaskiej trasy. Cieszyliśmy się poranną kawą, gorącą owsianką, a później wieloma postojami na podziwianie krajobrazów. Szlak okazał się trudniejszy, niż nam się wydawało. Droga do Cashapampa wiodła stromą i wąską ścieżką wzdłuż ogromnego kanionu. Ostatecznie do mety dotarliśmy po 4 godzinach, by autostopem, absolutnie malowniczą drogą przedostać się do Caraz. Tutaj przyszedł czas na odpoczynek i noc spędzoną w godnym polecenia hotelu San Pedro, zlokalizowanym w samym sercu miasteczka. Ciepły prysznic po 3 dniach spędzonych w górach jest prawdopodobnie jedną z najbardziej wyczekanych rzeczy. Cywilizacja wydaje się dziwnym wynalazkiem. Zaparzenie kawy i zjedzenie obiadu nie wymaga już tyle wysiłku, a wygodne i ciepłe łóżko traktuje się jak rarytas. Ale czy naprawdę chce się wracać do społeczeństwa po tej ucieczce w otoczenie natury? Niekoniecznie, w górach czuliśmy się wolni i szczęśliwi. Niesamowite krajobrazy, magiczna cisza i brak zobowiązań, Twoje najważniejsze zadanie to iść przed siebie i podziwiać otaczające Cię krajobrazy.. Brak wygód i osiągnięć cywilizacji absolutnie tu nie przeszkadza. W takich miejscach możesz usłyszeć w końcu swoje myśli, zastanowić się nad tym, czego oczekujesz od siebie i od życia.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kolejnego dnia wracamy do Huaraz, kilkanaście kilogramów prania, ostatnie spacery po miasteczku, caldo de gallina na lokalnym targu i wsiadamy do nocnego busa jadącego do stolicy. Limę widzimy tylko z okien autobusu, jemy empanadas na śniadanie i zaczynamy drugą część podróży do położonej na wybrzeżu Ica. 5-godzin trasy w VIP klasie, zapewniającej nam wszystkie możliwe udogodnienia za 20 zł od osoby(!) i docieramy do miasteczka, wyglądającego na sztucznie stworzone pośrodku ogromnej pustyni.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Autobusy w Peru są jedną z tych rzeczy, która zaskakuje wysokim standardem na tle całego kraju. Wyposażone w personalne telewizory, wygodne, rozkładane fotele, podnóżki, koce i poduszki oraz serwis przekąsek na pokładzie, peruwiańskie busy są dodatkowo bardzo tanie. Transport wydaje nam się wręcz oferować lepsze usługi niż na terenie Europy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Ica Adventures II to hostel oferujący zakwaterowanie w prawdziwe europejskim standardzie. Przypominał nam nieco kolumbijski Lake View. 3- piętra apartamentów i tzw. dormów, tarasów, wspólnych przestrzeni do wypoczynku, restauracja i bar, pralnia, ogromna i dobrze wyposażona kuchnia, stół bilardowy i leżaki. Było tu absolutnie wszystko włącznie z przepięknym widokiem na słońce zachodzące nad pustynią.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Huacachina– oaza na pustyni, na którą z Ica można się dostać tuk-tukiem za 5 soli. Kilka sklepów z pamiątkami, drogie restauracje i hotele oraz wypożyczalnie sprzętu do sandboardingu. Wybraliśmy opcję przejechania trasy po pustyni na buggy połączoną z kilkoma zjazdami na desce z piaskowych gór. Przejazd przypominał pustynny rollercoaster. Zjazdy na desce okazały się zupełnie inne niż na klasycznym snowboardzie, a upadki na twarde, piaskowe podłoże zdecydowanie bardziej bolesne, mimo wszystko dostarczające wiele radości i wrażeń. Na horyzoncie nie było widać absolutnie nic. Upał sprawiał wrażenie falowania obrazu. Po oazie pływały małe, wycieczkowe łódki, kawiarnie serwowały wyszukane drinki. My postanowiliśmy wdrapać się jeszcze na jedną, najwyższą z otaczających nas, piaskowych gór. Czuliśmy, jak dosłownie ziemia obsuwa nam się pod nogami. Z góry rozciągał się piękny widok na Ica i niekończącą się pustynię.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


17,5 godziny w kolejny w busie i udało nam się dotrzeć do Cusco. Dotarliśmy do miasta w dzień obchodów 150-lecia Bazyliki Santo Domingo. Świętowaniu nie było końca, procesje, koncerty, mieszkańcy ubrani w regionalne stroje, wszechobecna muzyka i taniec. Tego wieczoru starówka była bardziej kolorowa nie kiedykolwiek.
Bilety na Machu Picchu kupiliśmy kolejnego dnia w Domu Kultury w centrum Cusco. Zaczęliśmy przygotowywać plecaki, robić zakupy na kolejny trekking.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


Targ odbywający się w weekendy w tym mieście przekraczał granice naszej wyobraźni. Poza milionami pamiątek liśćmi koki, maściami z najróżniejszych ziół i żywymi kurczakami, znaleźliśmy też żaby w zalewie, kolorowe rybki do akwarium w woreczkach z wodą, akcesoria do warsztatów samochodowych i na camping. Tysiące ludzi krzyczących co mają do sprzedania i za ile. Obiad dwudaniowy z deserem kosztuje tutaj 5 soli. W mieście znajdziecie też punkty oferujące menu za 3,5 sola. Absolutnie nieopłacalne staje się gotowanie obiadów we własnym zakresie. Problem pojawia się tylko z higieną prowadzonej tutaj gastronomii. W Europie prawdopodobnie żadna z powyższych restauracji nie dostałaby pozwolenia z Sanepidu na prowadzenie działalności, nie wspominając o ulicznym sprzedawaniu serów, ciast i mięsa grillowanego w koszykach z supermarketu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Swoją przygodę z dotarciem na Machu Picchu rozpoczęliśmy o 6 rano. Wybraliśmy backpackerską opcję łączącą kilka autobusów i prawie 10 km trekking. Lokalnym busem dotarliśmy do Santa Maria. Podróż po górach rozpadającym się pojazdem trwała wraz ze wszystkimi postojami prawie 7 h! O 14 dotarliśmy do celu, by zmienić środek transportu na collectivo, jadące aż do Hidroelectrica. Stąd rozpoczęliśmy swój prawie 2,5- godzinny trekking wzdłuż linii kolejowej, aż na camping oddalony od wejścia na Machu Picchu o 20 minut spaceru. Gorący prysznic i ciepły obiad wynagrodziły cały trud marszu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


O 5:30 czekaliśmy już przy moście prowadzącym na właściwy szlak na Machu Picchu. 45-minutowa wspinaczka pod górę oszczędziła nam korzystania z usług najdroższego transportu, o jakim słyszeliśmy. Autobus kosztował 12 dolarów za 20 minut jazdy. Ceny transportów oferowanych dla turystów są tutaj ekstremalnie duże, chcąc wybrać się do sąsiadującej z Machu Picchu wioski Aguas Calientes pociągiem PeruRail z Cusco zapłacimy w najbardziej ekonomicznej opcji 80 dolarów od osoby. Nie chcemy nawet wyobrażać sobie, jak droga może być VIP klasa z bufetem, która w końcu wiezie swoich pasażerów do jednego z siedmiu cudów świata.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


Bilet wstępu ważny jest na 4 godziny od przekroczenia bramek. Przed wejściem do kompleksu warto poświęcić nieco czasu na dokształcenie się w zakresie historii powstawania tego niesamowitego miejsca, wierzeń i tradycji Inków. Pozwala to później na świadome zwiedzanie i pełniejsze cieszenie się pięknem tego miejsca. Na miejscu niestety nie znajdziemy żadnych tablic informacyjnych, czy opisów, jedyną opcją jest wynajęcie prywatnego przewodnika.
My odrobiliśmy lekcje i postaraliśmy się zdobyć jak najwięcej informacji na temat Machu Picchu. Z zachwytem podziwialiśmy więc kunszt budowniczy miasta, wiedząc że każdy z kamieni odłupywany był ręcznie do wymiaru i przyciągany tutaj na specjalnych platformach. Inkowie nie używali zaprawy murarskiej, nie znali też koła, które pomogłoby w transporcie. Udało nam się zidentyfikować miejsca kultu z Pałacem Kondora i świątynią oraz części miasta poświęcone na uprawy. Sieć akweduktów stworzonych przez Inków funkcjonuje aż do dziś. Z punktów widokowych zlokalizowanych po drodze na Most Inków rozciąga się spektakularny widok na całość kompleksu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


Sześć godzin wystarczyło jedynie na umiarkowanie szybki przemarsz głównymi szlakami stworzonymi dla odwiedzających. Miejsce zapiera dech w piersiach i pomimo tego, że znajdą się zwolennicy teorii, że to już przereklamowane, my jesteśmy zdania, że absolutnie warto poświęcić pieniądze i wysiłek, by wspiąć się na te 2400 m n.p.m. i cieszyć się nieprawdopodobnymi widokami. Poczuliśmy się trochę tak, jakby pozwolono nam na podróż w czasie. Czy warto zwiedzać samotnie, czy z wycieczką? Absolutnie na własną rękę, by zgubić się w tutejszych uliczkach, by nikt nie mówił Wam, kiedy i gdzie możecie się zatrzymać, albo zrobić zdjęcia. Dzięki temu możecie zobaczyć to, czego nie widać w pośpiechu, pogłaskać tutejsze lamy, poobserwować z bliska kolibry i podziwiać otaczające góry.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na nocleg w Santa Teresa. Camping kosztuje tutaj 5 soli za namiot! i jest doskonałym miejscem na odpoczynek po pełnym emocji dniu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


Kolejnego dnia zmotywowani na intensywne zwiedzanie okolic Cusco dotarliśmy lokalnym autobusem aż do Checacupe. Chcieliśmy jeszcze tej samej nocy wyruszyć na trekking w tak zwane Tęczowe Góry. W Pitumarca udało nam się znaleźć schronienie w Restauracji Shantal. Tu zostawiliśmy swój namiot i ciężkie plecaki. O 2 nad ranem ruszyliśmy w poszukiwania lokalnego transportu, w postaci ciężarówki wiozącej mieszkańców wioski do pracy w Parku Narodowym. O 3 rano siedzieliśmy na workach z sianem dla koni, ciasno upakowani na pace ciężarówki z 30-stoma Peruwiańczykami mocno zdziwionymi obecnością dwóch zagubionych gringo na pokładzie. Noc była mroźna, nie pomagały ciepłe czapki, kurtki, a nawet koce, dosłownie trzęśliśmy się z zimna. Dwie godziny podskakiwania na kamieniach i około 5 nad ranem wylądowaliśmy przed wejście, do budzącego się do życia, Parku Narodowego. Na przywiezionej kuchence przygotowaliśmy owsiankę i gorącą kawę, próbując rozgrzać zmarznięte kości przed wschodem słońca.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


Byliśmy pierwszymi ludźmi ruszającymi na szlak, dzięki czemu powitały nas niesamowite krajobrazy pozbawione jeszcze turystów. Wędrówka na punkty widokowe nie trwa długo, jest natomiast wysiłkowa ze względu na konieczność pokonania prawie 5 000 metrów wysokości. My, być może ze względu na zmęczenie, tutaj doświadczyliśmy po raz pierwszy lekkich objawów choroby wysokościowej. Krótki i szybki oddech, ból głowy, wszystko jednak tylko przez pierwsze kilka kilometrów.
Gdy pierwszy raz usłyszeliśmy o kolorowych górach, trudno nam było uwierzyć, że istnieją. Kiedy widzieliśmy je zaledwie kilkaset metrów przed sobą, wciąż zdawały się nierealne. Pokryte minerałami, utleniającymi się pod wpływem słońca, tutejsze szczyty mienią się rzeczywiście wszystkimi kolorami tęczy. Spomiędzy wzgórz, co jaki czas wyłaniają się Peruwiańczycy ubrani w lokalne stroje, ciągnący za sobą lamy i alpaki.


Poranek w kolorowych Andach był absolutnie magiczny. W okolicach 10 rano na szlaku zrobiło się już tłoczno i turystycznie, wyruszyliśmy w drogę powrotną do Pitumarca. Tak jak myślicie- dokładnie tą sam ciężarówką. Usiedliśmy gdzieś w rogu na kocu i obserwowaliśmy. Średnia wieku około 40 lat, choć mężczyźni zachowywali się zupełnie jak dzieci, całą drogę rzucając w siebie czapkami. Kobiety prowadziły handel sprzedając sobie nawzajem ziemniaki, bułki, soki i owoce. Towarzystwo przez całą podróż żuło liście koki, toczyły się najróżniejsze, ale dość płytkie konwersacje, od czasu do czasu padały żarty. Wszyscy ubrani byli w tradycyjne stroje i sandały, przy temperaturze spadającej sporo poniżej zera. Dla nas niesamowita przygoda, dla miejscowych myślę, że ten transport to przymusowa i jedyna opcja dotarcia do ciężkiej i wysiłkowej pracy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 


Arequipa, nasz ostatni przystanek przed wyjazdem z Peru. Hostel na obrzeżach miasta, który zachęcał wspaniałą atmosferą i pysznym jedzeniem, tracił niestety na zaniedbaniu i ogólnym braku higieny. Zresztą dla nas trochę tak jak całe Peru. Kraj jest bogaty w niesamowitą naturę, zarówno na wybrzeżu, jak i w górach, niestety ludzie nie są zainteresowaniu utrzymywaniem porządku w domach prywatnych, jak i w miejscach publicznych. Śmieci najczęściej lądują na chodnikach, podłogach i pod fotelami autobusów, co skutecznie psuje ogólny obraz kraju.

Wrócimy na pewno kolejny raz, bo wiele zostało tu miejsc, do których nie dotarliśmy, jedno piękniejsze od kolejnego.

 

Jeśli podobają Ci się nasze teksty zostaw komentarz i polub naszą stronę na Facebooku! Dla Ciebie to tylko jedno kliknięcie, dla nas satysfakcja i motywacja do dalszej pracy!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


[ ENGLISH VERSION ]

Peruvian border, which we were observing through the bus window, was full of
immigrants. People started to organize themselves in a small group, putting up tents.
We guessed that they have been waiting here for a while now. Fortunately
international transport has the priority to get entry stamps. Nevertheless formalities
took us around 3 hours. With a 60-day tourist visa in the passport, we continued our
journey towards Chiclayo. Our hostel was, as locals used to say, located between
safe and dangerous part of the city. There were no asphalt roads in the area anymore,
thick dust in the air and tons of trash left on the roadside. In a close neighborhood we
found a huge street market, where you could try delicious local ceviche, fresh fruit
and cheese. The center was also full of marketplaces, bakeries, small eateries and car
workshops. The desert climate could be felt during the day, the temperature was
rising up to 35 degrees.


We decided to exchange some dollars for Peruvian pesos. Banks and exchange
offices offer an unfavorable and very low exchange rate. One of the residents
recommended us a “safe”unofficial point. In the dark, barred staircase you had to
shout Hermana”, then an 80-year-old woman would come down the stairs, sit
behind a wooden table, and take out a file of soles and dollars from under the
jacket, asking “How much? We exchanged $100, hearing a story about the
disappearance of one of the tourists in Chiclayo and instructions on how to safely
travel around Peru.


The trip to Huaraz with a change in Trujillo took us almost 12 hours. On the way we
passed hectares of desert landscapes, sometimes turning into rubbish dumps. No
cars, only buses and mini-vans were running on the streets.


In the morning we were awakened by a real mountain, strong wind and low
temperature. We have changed the altitude to over 3,000 m above sea level. We ate
breakfast at the local market, looking with curiosity at the Peruvian folk clothes in
which the saleswoman were dressed. High suede hats with decorations, skirts on
tulle and colorful scarves on the back, used to carry shopping or children. We stayed
at the Climbing Point hostel, although it was 15-20 minutes away from the center,
but managed by a nice couple. A private room with breakfast was provided here
for PLN 34.


We wanted to organize a few days trekking in Huascarán National Park. We chose
Santa Cruz as the most spectacular and suitable for our time frames. We printed
several maps and we made a huge shopping. Mountain guide Chalex helped us a lot.

He told us not only about the beautiful Andes surrounding us, but
also discussed many cultural and political aspects of the country. He said that now
the situation in Peru is stable, but poverty still prevails, cities are neglected and
people are uneducated. Corruption is ubiquitous, the government does not want to
invest in the education of residents, because, as Chalex said, it is easier to control
the naive, workers’ society. He mentioned the high-profile issue of one of the rulers,
who tried to build the powerful Peru, smuggling cocaine to Japan. He claimed that
he was the only hope for progress and development, because despite the millions he
made for him and his family, he spent a huge amount of money on building schools,
hospitals, roads and offices in the country, planning to educate the inhabitants and
give them employment. All investments were stopped at the time when he ended up
in a jail for drug trafficking.


The same day in the evening, we went to Yungay. We wanted to continue our way
the next day, early in the morning to Vaqueria, the mountain town which was the
starting point of the 3-day trekking route of Santa Cruz. In a small hotel at the station
in Yungay, where we stayed for the night, we met a young Polish guy exploring
South America by bike. Stanisław has traveled hundreds of kilometers on his two
wheels, camping, meeting people and getting the knowledge about the local culture.
We exchanged travel stories, for the first time in months we could speak Polish.


We started our morning with soup and coffee at the local market, after which we set
off on our long, stony and mountainous road to Vaqueria, which had only a short
stop to buy tickets to the National Park. In our case, costing 60 soles per person for a
3-day trekking. In Vaqueria there is absolutely nothing apart from two tiny shops
with basic food and drinks and donkey rental.


We started our hike at 10:30. At the beginning, the road led along small villages,
getting a bit harder on the way to the first campsite and checkpoint. It was our first
stop after a few kilometers of walking. We arrived at Paria’s base at around 14.
Having still a lot of energy, we decided to continue trekking to an unofficial
campground. We had 5 km climbing uphill with a heavy backpacks.


We reached our destination before 5 pm in a freezing rain, totally exhausted. A hot
meal was like a prize. The temperature dropped quickly after sunset below zero. The
night was cold and windy. In the morning we found a frosted tent.


We gathered our camp before 7 to start, as it seemed the most difficult, climbing

day. We had almost 5,000 m above the sea level to climb. From that moment the
route has become truly spectacular. In the sun snow-capped peaks were shimmering,
huge waterfalls flowing down the stony slopes. The beautiful green and blue
lagoons in the valleys. The longest 4 km in our life, we made an effort and managed
to reach Punta Union after almost 3 hours of climbing the summit. Once again, the
satisfaction of overcoming our own barriers and the view of 4870 meters made up
for all the fatigue. We had another 10 km to walk through the desert-like-valley.
Around 14 we arrived at the camping by the river. Our well-equipped backpacks
allowed us to create a real camp here. Thanks to special containers for water, we had
enough of it to drink, cook, wash the dishes and ourselves. The gas stove made it
possible to prepare a well-deserved, warm dinner. Through the small window of the
tent we could see one of the snowy peaks and a cascade falling high from the
mountains. A few hundred meters from us another lagoon. Every few minutes there
were horses galloping along the trail. It was probably the most beautiful wild
camping we could have dreamed of.


We started the third day of trekking quite late, knowing that we had 15 km of a
relatively flat route to complete the trail. We enjoyed morning coffee, hot porridge,
and later we made many stops to admire the landscapes. The trail turned out to
be more difficult than we thought. The road to Cashapampa led along a steep and
narrow path along the huge canyon. Eventually, we arrived there after 4 hours and
got on the way to Caraz driving an absolutely scenic route.


A warm shower after 3 days spent in the mountains is probably one of the most
anticipated things. Civilization seems a strange invention. Making coffee or eating
dinner does not require so much effort, and a comfortable and warm bed is unusual
thing to have. But did we really want to come back to society after this escape into
the wild? Not necessarily, in the mountains we felt free and happy. Amazing
landscapes, magical silence and no responsibilities, your most important task is to go
ahead and admire the landscapes that surround you. Lack of comfort and civilization
achievements absolutely does not bother you here. In such places, you can finally
hear your thoughts, reflect on what you expect from yourself and your life.


The next day we return to Huaraz, a dozen kilo of laundry, last walks around the
town, caldo de gallina at the local market, and we got on a night bus going to the
capital. We saw Lima only from the bus windows, we ate empanadas for breakfast
and started the second part of the journey to Ica– located on the coast. 5-hour journey
in the VIP class providing us all possible facilities for PLN 20 per person (!) and we
reach a small town that looked like artificially created in the middle of a vast desert.


Buses in Peru are one of those things that surprises you here with a high standard.
Equipped with personal TV sets, comfortable, reclining seats, footrests, blankets and
pillows as well as snacks service on board, peruvian buses are also very cheap.
Transport seems to offer better services than in Europe.


Ica Adventures II is a hostel offering accommodation in a European standard.
Terraces, common spaces for rest, restaurant and bar, laundry, huge and well-
equipped kitchen, billiard table and much more. There was absolutely everything
here including the beautiful view of the sun over the desert.


Huacachina an oasis in the desert. Several souvenir shops, expensive restaurants,
hotels and sandboarding equipment rentals. We chose the option of crossing the
desert route on a buggy combined with several descents on a board of sand
mountains. The ride resembled a desert roller coaster. Sandboarding turned out to
be completely different from the classic snowboarding. Falls on hard, sandy ground
were definitely more painful, but after all providing a lot of joy and fun.


There was absolutely nothing on the horizon. The heat gave the impression
of waving landscape. Small, excursion boats swam around the
oasis, cafes served sophisticated drinks. We decided to climb one more hill, the
highest of the sand mountains around us. There was a beautiful view of Ica and a
never-ending desert from above.


17.5 hours on the next bus, and we made it to Cusco. We came to the city on the day
of the celebration of the 150th anniversary of the Basilica of Santo Domingo. Never
ending celebrations, processions, concerts, residents dressed in regional costumes,
ubiquitous music and dance. That evening, the old town was more colorful than ever.
We bought tickets for Machu Picchu the next day at the Cultural Center of Cusco.
We started preparing backpacks for another trekking.


The market taking place on weekends in this city exceeded the limits of our
imagination. In addition to millions of souvenirs, coca leaves, ointments of various
herbs and live chickens, we also found frogs in the marinade, colorful fish for the
aquarium in bags of water, accessories for car workshops and camping. Thousands
of people shouting what they have to sell and for how much. A two-course dinner
with a dessert costs 5 soles here. In the city you will also find spots offering menu
for 3.5 soles.It’s absolutely unprofitable to cook dinner on your own. The only
problem is the hygiene of gastronomy here. In Europe, probably none of the above
restaurants would get permission from Food and Safety Inspection Service to work,
not to mention the street selling of cheese, cakes and meat grilled in supermarket
trolleys.


We started our adventure with getting to Machu Picchu at 6 am. We chose the
backpackers option combining several buses and almost 10 km trekking. By local
bus we got to Santa Maria. The journey through the mountains lasted almost 7 hours
with all the stops! At 14, we arrived at the destination to change the means of
transport to collectivo, going all the way to Hidroelectrica. From here we started our
almost 2.5-hour trekking along the railway line up to a camping ground. A hot
shower and a warm dinner made up for the walk.


At 5:30 we were already waiting at the bridge leading to the
right Machu Picchu trail. A 45-minute climb uphill has saved us from using the most
expensive transport services we’ve heard about. The bus costed $12 for a 20-minute
ride. Prices of transports offered for tourists here are extremely high, if you want to
go to the village of Aguas Calientes neighboring
from Machu Picchu by PeruRail train from Cusco you would have to pay in the
most economical option $80 per person. We do not even want to imagine how
expensive the VIP class can be, which eventually brings its passengers to one of the
seven wonders of the world.


The admission ticket is valid for 4 hours. Before entering the complex, it’s worth
spending some time to learn about the history of this incredible place, the Incan’s
beliefs and traditions. This allows you later for conscious sightseeing and fuller
enjoying the beauty of this place. Unfortunately, you will not find here any
information boards or descriptions, the only option is to hire a private guide. We did
our homework and tried to get as much information as possible about Machu Picchu.
We admired the craftsmanship of the city, knowing that each of the stones was
chipped by hand to size and attracted here on special platforms. The Incas did not
use mortar, nor did they know the wheel that would help in transport. We managed
to find places of worship with the Condor Palace and the temple, as well as parts of
the city devoted to cultivation. The network of aqueducts created by the Incas has
been functioning until today. From the viewpoints located along the way to the Inca
Bridge, there is a spectacular view of the whole complex.


Six hours was enough for a moderately fast march along the main routes created for
visitors. The place is breathtaking and despite the fact that there will be supporters of
the theory that it is already overrated, we think that it is absolutely worth sacrifice
money and effort to climb this 2,400 m above sea level. and enjoy unbelievable
views. Is it worth visiting alone or with a travel agency? Absolutely on your own, to
get lost in the ancient paths, so that no one can tell you when and where you can stop
or take pictures. Thanks to this you can see what you can not see in a hurry, caress
the local llamas, watch the hummingbirds close up and admire the surrounding
mountains.


On the way back we stopped for a night in Santa Teresa. Camping costs 5 soles here
for a tent! and is a great place to relax after an adventurous day.


The next day, motivated for visiting more of the Cusco area, we arrived by local bus
to Checacupe. We wanted to set out on the same night for trekking in the so-called
Rainbow Mountains. In Pitumarca, we managed to find shelter in
the Shantal Restaurant. Here we left our tent and heavy backpacks. At 2 in the
morning, we started to look for local transport, precisely speaking for a truck
carrying people from the village to work in the National Park. At 3 in the morning,
we sat on horse-sacks with hay, packed tightly in a truck full of Peruvians, very
surprised by the presence of two gringos on board. The night was cold, the warm
hats, jackets and even blankets did not help, we were literally shaking with cold.
About 5 a.m. we arrived in front of the entrance to the National Park. On our stove
we prepared porridge and hot coffee, trying to warm up our frozen bones before
sunrise.


We were the first people on the trail, thanks to this we were greeted by amazing
landscapes non-spoiled by other tourists. Hiking to the view points does not last
long, but you have to put a lot of effort to climb because of altitude of more than
5.000 m ASL. Here perhaps because of fatigue, we experienced for the first time the
light symptoms of altitude sickness. Short and quick breathing, headache, but
everything only for the first few kilometers.


When we first heard about the colorful mountains, it was difficult to believe that
they existed. When we saw them just a few hundred meters in front of us, they still
seemed unreal. Covered with minerals, oxidizing under the influence of the sun, the
peaks really shine with all the colors of the rainbow. There were some Peruvians
dressed in local costumes passing by, dragging llamas and alpacas behind them.


This morning in the colored Andes was absolutely magical. Around 10 am the trail
has already been crowded and touristy, we started going back to Pitumarca. As you
can guess exactly on the same truck. We sat down in a corner on the blanket and
watched. The average age was around 40, although the men behaved completely like
children, during all the way playing with their hats. Women were selling potatoes,
buns, juices and fruits to each other. Everyone chewed coca leaves throughout the
journey. There were various, but rather shallow conversations. Everyone was
dressed in traditional clothes and sandals, with the temperature dropping quite a bit
below zero. For us it was an incredible adventure, for locals -I think this transport is
the only option to get to their hard and effortful work.


Arequipa, our last stop before leaving Peru. The hostel on the outskirts of the city
had a great atmosphere and delicious food, unfortunately spoiled by neglect and
general lack of hygiene. Anyway for us, that was a problem of whole Peru. The
country is rich in amazing nature, both on the coast and in the mountains,
unfortunately people are not interested in maintaining order in private homes as well
as in public places. Garbage usually lands on sidewalks, floors and under bus seats,
which effectively spoils the overall picture of the country.

We will be back again for sure, because there are still many beautiful places to visit.
Unfortunately there is not enough time for everything during one trip.

If You like our website, leave us a comment and „like it” on Facebook. For You it’s just few seconds, for us it’s a great motivation to improve!


2 Komentarze

Natalia · Czerwiec 20, 2018 o 5:00 pm

Wow – inspirujący post! My właśnie planujemy naszą podróż do Ameryki Południowej stąd szukam po internetach wrażeń tych co już byli. Dzięki za zastrzyk informacji! 🙂 pozdrawiam póki co z nieSzarej Wyspy Wielkiej Brytanii 😉

    raportzbezdrozy · Czerwiec 22, 2018 o 9:51 am

    Dziękujemy! Mamy nadzieję, że dzięki informacjom tutaj zawartym będzie Wam łatwiej zaplanować Waszą podróż! Życzymy niesamowitych wrażeń i zapraszamy do śledzenia bloga:) Już wkrótce startujemy z serią przewodników po Ameryce Południowej z praktycznymi informacjami na temat samodzielnej organizacji wypraw. Pozdrawiamy! 😉

    P.S Jeżeli potrzebujecie dodatkowych informacji zapraszamy do kontaktu mailowego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *