Kolejna granica, którą pokonujemy międzynarodowym, komfortowym autobusem..a nie poczekajcie, przecież okazało się, że dla kontrastu z resztą kraju, gdzie możecie pławić się w transportowych luksusach, na tej jedynej trasie kursują tylko niemal rozpadające się, blaszane krypy.. Jedziemy więc naszą błękitną krypą z masą Peruwiańczyków, z których część to przemytnicy- rozdający zaraz na początku trasy wagony papierosów ludziom w autobusie- wiozą ich całe stosy na sprzedaż w droższym o niebo Chile, a limity są bezlitosne. Dojeżdżamy do kolejnego kraju. Nić niepewności i ekscytacji towarzyszy nam przy przekraczaniu kolejnych granic. Na szczęście do urzędu migracyjnego nie ma kolejki. Stajemy więc do odprawy paszportowej i… okazuje się, że przy wjeździe do Peru wpisano z błędem nasze nazwiska do systemu, z tego też powodu pozostaje nam cierpliwie czekać przez kolejne 40 minut, aż urzędnikom uda się owe literówki wyjaśnić. Chwilę później, przesympatyczni celnicy prześwietlają nasze bagaże. Obowiązuje tu ścisła kontrola fitosanitarna, absolutny zakaz wwożenia do kraju owoców, warzyw, nabiału, mięsa i innych świeżych produktów. Nikt o nic jednak nie pyta, no może poza Lewandowskim i polską wódką.


Pierwsze miasto w Chile nie wprawia nas w zachwyt, pełno tu szarych, niespecjalnie atrakcyjnych ulic i budynków. Próbując poznać lokalne ceny w nowym kraju, wybieramy się do supermarketu, co okazuje się dla nas niezwykłą atrakcją. Po miesiącach spędzonych w Ameryce Południowej dobra i wynalazki nowoczesnej cywilizacji są dla nas zupełnie obce. Dziwi nas ilość dostępnych produktów i ich różnorodność. Do tej pory o wszystko musieliśmy walczyć na licytacjach, gdzieś na lokalnych targach. Ceny też dziwią, ale mniej pozytywnie..wszystko kosztuje tutaj naprawdę dużo. Kupując świeże pieczywo, owoce i jogurty po prawdziwie zachodnioeuropejskich cenach wybieramy kierunek na wylotówkę biegnącą na autostradę . Na razie chcemy autostopem dostać się gdziekolwiek. Przed nami jakieś 3 tys. kilometrów do pokonania. W Europie brzmi to, jak pokonanie połowy kontynentu na raz, tutaj to, jak mówią kierowcy „taki większy kawałek trasy”. Po 1,5 h udaje się wsiąść do pierwszego auta, którym dziś mamy pokonać swoje pierwsze 300-400 kilometrów. Staramy się wejść na wyżyny swoich językowych umiejętności i porozmawiać po hiszpańsku.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Kobieta około 50 lat, bardzo zadbana i elegancka, podróżuje wraz ze swoim synem, który właśnie kończy studia prawnicze w stolicy. Opowiadają nam o tutejszych zwyczajach, o masowym napływie imigrantów z innych krajów Ameryki Południowej, o związanych z tym problemach z przemytem, nielegalnym zatrudnieniem i handlem narkotykami, doradzają nam jakie miejsca w ich pięknym kraju powinniśmy wpisać na swoją listę „must see”. W duchu myślimy sobie, że niestety będziemy musieli zostawić sobie je na kolejną wyprawę. Teraz przejeżdżając przez pustynną północ kraju, trochę żałujemy, że nie udało się tu dotrzeć wcześniej. Późnym wieczorem docieramy do Iquique. Nadmorskiej miejscowości, w której żegnamy naszych dobroczyńców i biegniemy złapać nocny autobus, którym udaje nam się przejechać następne 500 km. Do nadmorskiej Antofagasty docieramy wcześnie rano, dosypiając jeszcze na dworcu, aż do wschodu słońca. Jemy świeże bagietki nad brzegiem Oceanu, cieszymy się porannym pięknym słońcem i pyszną kawą. Zatrzymujemy się w porcie i w przydrożnych parkach. Miasteczko zaskakuje nas uporządkowaniem i czystością. Wygląda już bardzo europejsko. Trzeba przyznać, że trochę odzwyczailiśmy się od takich widoków. Wracają galerie handlowe, pomysłowe kawiarnie i puby, eleganckie restauracje, ogromne biurowce, korty tenisowe, ośrodki sportowe, drogie hotele i zielone przestrzenie, w których można złapać oddech od miejskiego życia.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Wyjeżdżamy jeszcze tego samego dnia autostopem do autostrady. Kolejny samochód, a właściwie ogromna ciężarówka wioząca papier toaletowy, łapie się na stopa sama. Dwóch sympatycznych, młodych Chilijczyków, widząc nas, dzielnie maszerujących z ciężkimi plecakami przez Atacamę, pyta,czy nie chcemy się z nimi zabrać do La Serena, albo do samego Santiago rozbijając, prawie 24-godzinną trasę, na 2 dni. Decydujemy się na drugą opcję, co skutkuje gimnastyką językową przez co najmniej dwie doby i spaniem na pace ciężarówki w namiocie pomiędzy górami papieru toaletowego… Podczas podróży wysłuchujemy najróżniejszych historii życia obu chłopaków, którym praca w firmie transportowej zapewnia niezły byt, jemy najlepszą chilijską casuelę ( coś w rodzaju rosołu z kukurydzą i dynią) w przydrożnym barze i wspólnie obserwujemy migające za oknami krajobrazy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Gdzieś pośrodku pustyni widzimy snującego się samotnie przy drodze staruszka i jego własnoręcznie wybudowany dom, który może trafniej trzeba by było nazwać schronem. Podobno mieszka tu od czasu, gdy cała jego rodzina zginęła dokładnie w tym miejscu w wypadku samochodowym. Mężczyzna całkowicie oszalał po stracie bliskich, postanowił zbudować dla nich małe groby i zamieszkać w „ich świątyni”. Kierowcy mówią, że trwa tu tak już od lat, sam pośrodku Atacamy, prosząc przejeżdżających tędy ludzi o zostawianie dla niego wody i jedzenia. Smutna i poruszająca historia wprawia nas w nieco refleksyjny nastrój na następne godziny.
Kilometr 1309 autostrady i ku naszemu zaskoczeniu na horyzoncie bezkresnej pustyni nagle, w oddali pojawia się dziwny pomnik, kształtem przypominający wystające z piasku…palce. Kto postawił tu coś takiego? Otóż Mano del Desierto, czyli 11-metrowa Ręka Pustyni stoi tutaj od 1992 roku, kiedy to Mario Irarrazabal– artysta pochodzący z Santiago, postanowił stworzyć swoje, wykonane z żelaza i cementu, mistyczne dzieło i wybrać dla niego dość nietypowe położenie- w suchym i skalistym krajobrazie pustynnym.


Świat widziany przez okna ciężarówki, aż prosi nas – wysiądźcie! Tyle jeszcze ma do zaoferowania. My jednak bezlitośnie mijamy przepiękne stepy, klify i nadmorskiej miejscowości. Docieramy do Santiago po 3 dniach podróży z peruwiańskiej granicy. Zmęczeni, brudni i niewyspani, a jednak wciąż uśmiechnięci.
Metrem zmierzamy pod adres umówionego couchsurfingu. Pablo wita nas w swoim mieszkaniu w modnej i eleganckiej części stolicy. Ratuje nasze zmęczone kości pysznym, ciepłym obiadem, gorącym prysznicem i niezwykle wygodnym łóżkiem, którego nie widzieliśmy już od dawna. Chłopak od jakiegoś czasu pracuje w korporacji, zarabiając tu dobre pieniądze. Jest tylko jeden problem- swojej pracy szczerze nienawidzi, z zamiłowania jest magikiem i podróżnikiem. Postawił więc wszystko na jedną kartę, złożył wypowiedzenie i kupił bilet do Kolumbii w jedną stronę… Niecierpliwie czeka więc na swoje przygody, zainspirowany naszymi opowieściami o jachtostopie, zaczął nawet planować przedłużenie swojej wyprawy i może zahaczenie o Europę?
Kolejnego dnia pozwalamy sobie na nieco lenistwa i odsypiamy podróż. Na zwiedzanie Santiago ruszamy dopiero wieczorem, zmierzając na spotkanie z naszą polską znajomą, która niedawno postanowiła wyjechać do Chile do pracy, rezygnując na trochę z życia w szarej Warszawie. Tu wszystko toczy się dla Magdy innym trybem. Opowiada nam o urokach i problemach kraju, o korupcji i kulejącej jeszcze ekonomii, a jednocześnie o przesympatycznych mieszkańcach, ciekawych tradycjach i zaskakująco pięknej naturze.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Kolejny raz spotykamy się wszyscy wraz z Pablo w La Piojera. Najstarszym chyba chilijskim barze w Santiago, na pyszne lokalne drinki- Terremoto. Czyli po hiszpańsku- trzęsienie ziemi, dosłownie- prawie pół litra białego wina na którymś etapie fermentacji, lody ananasowe i syrop grenadine. Zdradliwe i pyszne, przy wstawaniu od stolika trzeba uważać na prawdziwe trzęsienie ziemi w głowie. Bar jest wypełniony Chilijczykami, traktującymi grupę gringo jako swoistą atrakcję. Zapachy wilgotnych murów, moczu, alkoholu mieszają się z tanimi perfumami. Słychać głośne rozmowy, lokalną muzykę, panuje tu okropny gwar, w którym jak ostatecznie i zgodnie uznajemy- jest mnóstwo uroku.

Całą grupą wracamy do mieszkania Pablo na pisco i własnoręcznie przygotowane „Completo Italiano– chilijski przysmak- hot-dog z parówką, awokado, pomidorami i majonezem, uwielbiany w Santiago na śniadanie, lunch i kolację. Udaje nam się spróbować też (podobno najlepszych w stolicy) empanadas z mięsem mielonym, cebulą i jajkiem.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Kilka dni później czekamy w kolejce do odprawy celnej na lotnisku w Santiago.. Przecież mieliśmy przejechać autostopem przez Argentynę, więc dlaczego się nie udało?? Już wyjaśniamy..
Któregoś leniwego popołudnia w stolicy Chile, wracając z centrum metrem, widzimy na jednej ze stacji poruszenie- wyobraźcie sobie, że całe zamieszanie spowodowane jest …śniegiem i gradem padającym za oknami, którego mieszkańcy nie widzieli tutaj od 15 lat!! Udało nam się uciec przed europejską zimą, by dopadła nas tutaj w Ameryce Południowej. Granica chilijsko-argentyńska jest zlokalizowana wysoko w Andach, w związku z intensywnymi opadami i temperaturą sięgającą -21 stopni, została zamknięta do odwołania, co skutecznie pokrzyżowało nasze plany. Marzyliśmy o podziwianiu argentyńskich krajobrazów, choćby przez okna samochodu. Codziennie, przez okrągły tydzień wędrowaliśmy na terminal autobusowy, w nadziei, że któregoś dnia usłyszymy w okienku coś innego niż: „La frontera esta cerrada..”. Nie udało się, czekaliśmy praktycznie do ostatniej chwili z zakupem biletów na przelot do Buenos Aires.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Wylądowaliśmy w stolicy Argentyny we wtorkowe popołudnie. Mróz był nie do zniesienia także tutaj. Teraz tęskniliśmy już trochę za ciepłą i słoneczną Europą. Zatrzymaliśmy się na kolejnym couchsurfingu u Fernando i jego narzeczonej, którzy już pierwszego dnia zorganizowali dla nas pyszną kolację z degustacją lokalnej mate.
Czasu wystarczyło tylko na szybki spacer po dość awangardowej dzielnicy- Palermo, podziwianie z zewnątrz ogrodów, parków i zabytków, no i może jeszcze na małą kawę gdzieś w otoczeniu pięknych kamienic. Przyszedł czas na długą przygodę z powrotem do Europy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Bilety kupiliśmy już jakiś czas temu za pośrednictwem MyTrip.com, w naprawdę okazyjnej cenie 390 dolarów od osoby. Połączenie było dość skomplikowane, bo składające się, aż z 3 przesiadek. Niemniej jednak skusiło nas rozsądną ceną i organizacją wszystkich lotów przez jedną, brazylijską linię lotniczą Azul.
Pierwszym samolotem bez problemów dostaliśmy się do Belo Horizonte w Brazylii, otrzymując pieczątki wjazdowe od chyba najbardziej znudzonego życiem celnika, jakiego widzieliśmy w życiu. Pierwszy raz przy przekraczaniu granicy, nikt nie zadał nam nawet jednego pytania. Sprawnie zmieniliśmy więc samolot, na ten lecący w stronę Sao Paulo. I tu zatrzymaliśmy się na prawie 9 h, oczekując na swój ostatni najdłuższy lot do Lizbony. Dziwne było myśleć, że już za kilkanaście godzin mieliśmy po tylu miesiącach znaleźć się w niby znajomej, a jednak nieco obcej dla nas rzeczywistości. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że będzie nam brakowało tego bałaganu Ameryki Południowej, tutejszego gwaru, pysznego jedzenia, jeżdżenia samochodami na pace i przede wszystkim tych magicznych, niesamowitych miejsc. Uśmiechaliśmy się na wspomnienie tych wszystkich niezapomnianych chwil spędzonych na górskich trekkingach, na campingach, pustyniach, wybrzeżach dwóch Oceanów. Naprawdę ciężko jest pogodzić się teraz z koniecznością powrotu do normalnego świata.
Nasz międzykontynentalny lot zaoferował nam wszystkie możliwe wygody, rozkładane fotele z podnóżkami, koce, poduszki, komputery z wgraną najróżniejszą muzyką, filmami, grami komputerowymi i wizualizacją naszego lotu, gorące dania, pyszną kawę, najróżniejsze zimne napoje i wina. Wypoczęliśmy, odespaliśmy w komfortowych warunkach i z nową energią obudziliśmy się na lotnisku w Lizbonie późnym wieczorem.
Porannym autobusem dotarliśmy do Porto. Spacerując starówkowym deptakiem i robiąc setki zdjęć, obiecaliśmy sobie wrócić do tego miejsca w kolejnej podróży. Na lotnisku spotkaliśmy tłumy Polaków tak jak my czekających na wieczorny lot Wizzair do Wrocławia. Głośno rozpamiętująca swoje przygody wycieczka szkolna z przewrażliwionym i zestresowanym nauczycielem, przyjaciółki wracające po urlopie do swojej nudnej pracy w korporacji, „typowy Janusz” usilnie próbujący rozmawiać z portugalską stewardesą po polsku, kilka rodzin z dziećmi wiozącymi ze sobą chyba całe domy…i wiecie co jakoś właśnie w tym momencie przeszła nam przez głowę myśl, że może jest jakiś cień szansy, żeby w ostatniej chwili zmienić kierunek lotu…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Tęskniliśmy oczywiście za wszystkim, za naszymi rodzinami, przyjaciółmi, za posiadaniem własnego kawałka podłogi, za naszymi ukochanymi miejscami, do których tak często wracaliśmy, ale podróże to chyba coś, co tak bardzo uzależnia, że po jakimś czasie nie jesteś się w stanie uwolnić się od nałogu. Ciągle myślisz o tym, co nowego trzeba zobaczyć i przeżyć. Jakoś boli Cię myśl, że wracasz do codzienności, kiedy tyle świata zostało jeszcze do zobaczenia, tyle wspaniałych miejsc do odkrycia, tyle ludzi do poznania. I ciągle Ci mało, choć innym wydaje się, że w podróży jesteś już całą wieczność..


Jeśli podobają Ci się nasze teksty zostaw komentarz i polub naszą stronę na Facebooku! Dla Ciebie to tylko jedno kliknięcie, dla nas satysfakcja i motywacja do dalszej pracy!


[ ENGLISH VERSION ]

Another border which we are crossing by an international, comfortable bus … sorry wait, it turned out that in contrast to the rest of the country, where you can travel in a luxury class buses, on this one route run only almost broken vans .. So we drive our blue one, with a group of Peruvians, some of whom are smugglers – distributing cigarettes for sale in the more expensive Chile. A thread of uncertainty and excitement accompanies us when crossing each border. Fortunately, there is no queue at the migration office. So we are getting to the passport control and … it turns out that while entering Peru, our names were written incorrectly, for this reason we remain patiently waiting for the next 40 minutes, until the officials manage to explain those mistakes. After a while, customs check our luggage. There is a strict phytosanitary control, it is forbidden to import fruits, vegetables, dairy products, meat and other fresh products into the country. Nobody asks us any questions, except maybe those about Lewandowski and Polish vodka.


The first city in Chile does not amaze us, it is full of gray, not particularly attractive streets and buildings. Trying to get an idea about local prices in a new country, we’re going to the supermarket, which turns out to be an extraordinary attraction for us. After months spent in South America, inventions of modern civilization are completely strange for us. We are surprised by the amount and diversity of products available. Until now, we had to fight for everything by negotiating prices, somewhere at local markets. The prices are also surprising, but less positively. Everything here really costs millions. After buying fresh bread, fruit and yogurts at truly Western European prices, we choose the direction for the highway. We want to hitchhike anywhere. We have about 3 thousand km to overcome. In Europe, it sounds like crossing the half of the continent at once, here, as the drivers say, it is just a normal route. After 1.5 hours, we manage to get into the first car. We try to do our best and talk in our very basic Spanish.
A woman in her fifties, very neat and elegant, travels with her son, who is just finishing his law studies in the capital. They tell us about the local customs, about the permanent inflow of immigrants from other South American countries, about the problems associated with smuggling, illegal employment and drug trafficking, they advice us on places which we should put on our must see list. Unfortunately we will have to leave it for the next trip.


Now, passing through the desert, we regret a little that we did not get here earlier. Late in the evening we reach Iquique. The seaside resort, where we say goodbye to our new friends and run to catch the night bus. We reach the seaside of Antofagasta early in the morning, sleeping still at the station, until sunrise. We eat fresh baguette with the view of the ocean, we enjoy the morning sun and delicious coffee. We stop at the port and in roadside parks. The town surprises us with order and cleanliness. It looks very European. Shopping malls, ingenious cafe and pubs, elegant restaurants, huge office buildings, tennis courts, sports centers, expensive hotels and green spaces in which you can catch your breath and rest from “the urban life”.
Another car, or rather a huge truck carrying toilet paper, stops next to us. Two nice, young Chileans, seeing us bravely marching with heavy backpacks through Atacama, ask if we want to go with them to La Serena, or to Santiago, by taking a nearly 24-hour tour divided into two days. We decide on the second option, which results in Spanish practicing for at least two days and sleeping on the truck in our tent between the mountains of toilet paper … During the journey, we listen to the different life stories of both guys, for whom working in a transport company ensures a good life, we eat the best Chilean casuela (a kind of broth with corn and pumpkin) in a roadside bar, and together we watch the landscapes blinking outside the windows.
Somewhere in the middle of the desert, we see an old man wandering alone by the road and his own house, which might more accurately be called a shelter. Apparently he has been living here since his entire family died exactly in this place in a car accident many years ago. The man went crazy after losing his relatives, he decided to build small graves for them and live in their temple. Drivers say that he has been living here for years, in the middle of Atacama, asking people to leave water and food for him. This sad story puts us in a slightly reflective mood for the next hours.
Kilometer 1309 of the motorway and to our surprise in the harshness of the endless desert suddenly, a strange monument appears in the distance, resembling a figure sticking out of the sand … fingers. Who put something like this here? Well, Mano del Desierto, an 11-meter Desert Hand, has been here since 1992, when Mario Irarrazabal – an artist from Santiago, decided to create his own, made of iron and cement, a mystical work and chose a rather unusual location for it – in a dry and rocky desert landscape.


The world seen through the windows of the truck, asks us to get off! We do not like to pass the beautiful steppes, cliffs and coastal town without having enough time to explore them. Having no other choice, we continue our journey to the capital.


We reach Santiago after 3 days of traveling from the Peruvian border. Tired, dirty and sleepy, but still smiling.
We go by subway to the address of our couchsurfing host’s place. Pablo greets us in his apartment in a fashionable and elegant part of the capital. He saves us offering a delicious, warm dinner, a hot shower and an extremely comfortable bed, which we have not seen for a long time. The guy has been working for a big company for a long time, earning good money. There is only one problem – he honestly hates his job, he is a magician and a traveler, that’s what he really loves. So he took a risk, he quitted his job and bought a ticket to Colombia -one way … He waits impatiently for his adventures, inspired by our stories about boat hitchhiking, he is planning to extend his trip and maybe hitchhike a yacht to come to Europe?
The next day we sleep up the journey. We are not going to visit Santiago until the evening, aiming for a meeting with our Polish friend, who recently decided to go to Chile to work, giving up a bit of life in gray Warsaw. Magda tells us about the charms and problems of the country, about corruption and the economy that is still limping, and at the same time about nice residents, interesting traditions and surprisingly beautiful nature.


Next time, we meet all together with Pablo in La Piojera. Probably the oldest Chilean bar in Santiago, for delicious local drinks – Terremoto. Which means in Spanish – earthquake, literally – almost half a liter of white wine at some stage of fermentation, pineapple ice cream and grenadine syrup. Treacherous and delicious, when getting up from the table you have to watch out for a real earthquake in your head. The bar is filled with Chileans who treat the gringo group as a kind of attraction. The scents of damp walls, urine and alcohol mix with cheap perfumes. You can hear loud conversations, local music, there is a terrible buzz here, in which, as we finally all agree, there is a lot of charm.
We’re going back to Pablo’s apartment for pisco and a hand-made “Completo Italiano” -Chilean snack- hot dog with sausage, avocado, tomatoes and mayonnaise, adored in Santiago for breakfast, lunch and dinner. We are also able to try (probably the best in the capital) empanadas with minced meat, onions and eggs.
A few days later we are waiting in the queue for customs clearance at the airport in Santiago. We were about to hitchhike through Argentina, so why not? We will explain …
One lazy afternoon in the capital of Chile, returning from the center by subway, we can see on one of the stations a confusion – imagine that it is caused by … snow and hail behind the windows, which residents have not seen here for 15 years !! We managed to escape the European winter to get all this cold here in South America. The Chilean-Argentine border is located high in the Alps, due to intense snowing and temperatures reaching -21 degrees, it was closed until further notice, which effectively thwarted our plans. We dreamed about admiring Argentinian landscapes, even through the windows of a car. Every day, for the whole week, we walked to the bus terminal, hoping to hear something different from: La frontera esta cerrada ... We waited practically until the last minute to buy tickets for a flight to Buenos Aires.
We landed in the capital of Argentina on Tuesday afternoon. The cold was unbearable here as well. Now we were missing the warm and sunny Europe. We stopped on another couchsurfing with Fernando and his fiancée, who on the first day organized a delicious dinner for us with tasting of the local mate.
We had enough time only for a quick walk through the rather avant-garde district – Palermo, admiring the gardens, parks and monuments from outside, and for a small coffee somewhere where we were surrounded by beautiful tenement houses. We were ready, that was the time to go back home.
We bought our tickets some time ago via MyTrip.com, at a really good price of $ 390 per person. The connection was quite complicated, as it consisted of up to 3 changes. Nevertheless, we were tempted by a reasonable price and the organization of all flights by one Brazilian airline Azul.
We got on the first plane without any problems to Belo Horizonte in Brazil, receiving entry stamps from really bored with his work- custom officer. For the first time when crossing the border, nobody even asked us one question. So we changed the plane for the one, flying towards São Paulo. And here we stopped for almost 9 hours, waiting for our last, long flight to Lisbon. It was strange to think that in a few hours we had to find ourselves in a supposedly familiar, yet somewhat alien reality. We both agreed that we would miss this mess of South America, the local buzz, delicious food and most of all those magical, amazing places that we have been to. We smiled at the memories of all those unforgettable moments spent on mountain trekking, camping, deserts, the shores of two Oceans. It is really hard to return to the normal world now.
Our intercontinental flight offered us all possible comforts, reclining seats with footrests, blankets, pillows, computers with various music, movies, computer games and visualization of our flight, hot dishes, delicious coffee, various cold drinks and wines. We rested, we slept in comfortable conditions and with new energy we woke up at the airport in Lisbon late in the evening.
We arrived to Porto by morning bus. Walking around the old pedestrian street and taking hundreds of photos, we promised ourselves to return to this place during our next trip. At the airport we met crowds of Poles, just like us- waiting for an evening flight of Wizzair to Wroclaw. A school trip with a stressed teacher, a couple of friends returning from vacation to their boring job in a corporation, typical uncle trying to talk to a Portuguese stewardess in Polish, a few families with children carrying probably whole houses in their suitcases … and you know what- somehow just at this moment we thought that maybe there was a chance to change the direction of the flight at the last moment …


We were missing of course everything, our families, friends, having our own piece of floor, our beloved places, to which we use to return so often, but traveling is probably something that is so addictive that after some time you are unable to free yourself from addiction. You are constantly thinking about what to see and experience. It is unacceptable for You to come back to everyday life, when it is still so much to see, so many great places to discover, so many people to meet. And it is still not enough for You, although it seems to others that you are traveling already for whole Your life.


f You like our website, leave us a comment and „like it” on Facebook. For You it’s just few seconds, for us it’s a great motivation to improve!

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *