Zmierzamy w stronę granicy, już tak niewiele zostało, żeby udało się postawić stopę na ziemi innego kraju…

A jednak nie przychodzi to tak łatwo. Widać wybraliśmy przejście graniczne, które nie jest specjalnie uczęszczane. Nie denerwuje nas to jednak. Pogoda jest przepiękna, a przy dźwiękach harmonijki w tle czas jakoś wolniej płynie.

Po paru godzinach, w strugach burzowego deszczu, stoimy w końcu na Moście Wyszehradzkim. I cóż zmienia się dla nas po słowackiej stronie świata? Jak do tej pory tylko tyle, że potrzebujemy schronienia w jakimś przytulnym samochodzie, bo na słońce tego dnia już się nie zapowiada.

Udaje się odjechać jakieś kilkadziesiąt kilometrów od granicy i znów lądujemy w samym sercu burzy, która za krótką chwilę, staje się potężnym gradobiciem. Zostajemy więc skazani na przydrożny, mały bar w bliżej nieokreślonej wiosce. Zaprzyjaźniamy się z tutejszymi mieszkańcami, starając się umilić im czas polską nutą przy dźwiękach gitary.

Zmęczeni kilkugodzinną bezczynnością postanawiamy podjąć heroiczną próbę złapania stopa w systemie wybiegania w deszczu do drogi z tabliczkami. I wiecie co podziałało?! Nie wiem czy to już była litość czy czysta życzliwość, ale cieszyliśmy się przemierzanymi kilometrami. Tak upłynęła nam droga do Preszowa. W głowach mieliśmy niezwykle ambitne plany dotarcia co najmniej do Koszyc…rzeczywistość trochę nas zweryfikowała. Nie mogliśmy juz dłużej walczyć z pogodą, która jeśli jesteście w stanie uwierzyć, pogarszała się z minuty na minutę. Nawet ukryci pod każdym możliwym dachem, robiliśmy się tylko bardziej i bardziej przemoczeni. O rozkładaniu namiotu nie mogło być mowy. Postanowiliśmy ogrzać się chwilę przy kawie w restauracji i stworzyć jakiś logiczny plan noclegowy, robiło się już późno, a my utknęliśmy właśnie pod miastem na poboczu ruchliwej drogi ekspresowej..

Trzeba wierzyć, że miejscowi najlepiej wiedzą jak pomóc w kryzysowych sytuacjach, dlatego naszymi problemami postanowiliśmy podzielić się z baristką. Poleciła nam, jak nam się wówczas wydawało całkiem rozsądną opcję noclegu. Pięć euro od osoby i pięć minut od miejsca w którym się znaleźliśmy. Nie myśleliśmy nad tym zbyt długo. Pewnie powinna nas trochę zastanowić nazwa naszego nowego lokum, brzmiąca wdzięcznie: „Ubytownia“, jednak wtedy nie zrobiło to już na nas żadnego wrażenia.

Ciemno i naprawdę strasznie, wszystko wyglądało jak jakaś ogromna opuszczona fabryka. Nie wierzyłam, że ktoś nas w ogóle tutaj przywita. Drzwi otwarte, półmrok, sztuczne zakurzone kwiaty, stary zepsuty telefon, wzorzyste dywany, nieco gruzu spadającego na głowę i okropny zapach. Wystarczająco obrazowo? Nie do końca wiedzieliśmy czy jesteśmy na tyle odważni, żeby poszukać kogoś piętro wyżej.

Piotrek postanowił zgłosić się na ochotnika i „sprawdzić teren“. Zostawił nas na dole z bagażami i powiedział tylko: „Jak usłyszycie krzyk, albo nie będę wracał dłużej niż 10 minut, zacznijcie się martwić“.

Minęło kilka długich minut, słyszeliśmy głosy zmierzające w naszą stronę. Nie wiecie nawet jak bardzo odetchnęliśmy z ulgą widząc Piotrka w jednym kawałku. Wystraszyliśmy się chwilę później, gdy zobaczyliśmy snującego się zaraz za jego plecami mężczyznę w średnim wieku. Łysiejący, w starym i podartym dresie, z praktycznie sinymi oczami, trzymał między swoimi żółtymi, kręcącymi się już paznokciami, zapalonego papierosa. Kiedy powiedział: „Zaprowadzę Was do Waszego pokoju“, miałam ochotę uciekać..

W takich sytuacjach powtarzam sobie, że wszędzie da się przetrwać i że takie miejsca na tym świecie też trzeba zobaczyć. Idziemy więc długim ciemnym korytarzem, wysłanym czerwonym dywanem, który zebrał już prawdopodobnie na sobie dwudziestokilkuletni kurz.

Wreszcie jest i on nasz apartament ! Wyobraźcie sobie, że mieliśmy w nim nawet więcej niż jedną parę drzwi. Nie ryzykując wizyty jakichś nieproszonych gości wszystkie nadprogramowe drzwi postanowiliśmy zastawić meblami. W pokoju znaleźliśmy nawet cały sprzęt AGD RTV, niestety nic nie działało, a kurz i brud był tak zaawansowany, że naprawdę ciężko siadało się na łóżkach. Wszędzie bardzo dziwne i nieco przerażające obrazy. Półnagie kobiety, dzieci z owocami i zwierzętami, to miejscami przerastało moją wyobraźnię.

Noc udało się przetrwać, dzięki założeniu na drzwi przenośnego alarmu. Szczyt mojej frustracji nastąpił jednak dopiero dzisiejszego ranka. Zajrzeliśmy do lodówki i mimo okropnego głodu, straciłam apetyt nawet na długo wyczekiwane śniadanie. Pleśń zrastająca się już nie tylko z pomidorem i łososiem, ale także z półkami lodówki, przecierpieliśmy jeszcze jakoś posiłek w przedziwnej biblioteko- świetlicy i uciekliśmy, by stanąć znów w dużo bezpieczniejszym miejscu, przy naszej drodze prowadzącej wprost na Koszyce. Dawno się tak nie cieszyłam, że świeci słońce i że mogę obiecać sobie z tego miejsca „Nigdy więcej Preszowa“!! Ubytownia“ zaprasza autostopowiczów szukających mocnych wrażeń.


Zapraszamy do rozdziału III Węgry