Węgry z przepiękną pogodą i niezapomnianymi krajobrazami mieniącymi się tysiącami słoneczników stały się dla nas miłą odmianą po burzowej Słowacji. Zaraz po przekroczeniu granicy na stopa złapaliśmy młodego chłopaka z Polski, co pozwoliło nam jeszcze przez kilka godzin uchronić się przed językową gimnastyką i spokojnie przemierzać kilometry. Naszym celem było Debrecen, miasto położone blisko granicy z Rumunią, niegdyś stolica Węgier, obecnie z pewnością serce rozwoju kultury kraju. Znałam miasto jeszcze z moich poprzednich podróży i bardzo chciałam jeszcze kiedyś do niego wrócić. Dotarliśmy tam, bez większych problemów, korzystając jeszcze przed zachodem słońca z uroków starego miasta. Udało nam się odwiedzić kilka obowiązkowych punktów zwiedzania i swoje kroki skierowaliśmy w stronę jednego z moich ulubionych pubów w Debrecen- Roncsbaru. Mieści się on w ścisłym centrum, obok dużej galerii handlowej. To miejsce wielu ciekawych wydarzeń kulturalnych w mieście, stale odbywają się tutaj koncerty. Wystrój niezwykle oryginalny, zimne węgierskie piwo i na większy apetyt też znajdziecie tu coś dla siebie. Latem można tu odpocząć w otwartym dużym ogrodzie, przy stoliki ustawionych w starych samochodach, przy blasku lamp w kształcie manekinów. Odpoczęliśmy tu kilka chwil przed dalszą wędrówką.


Dzięki uprzejmości mojej koleżanki zamieszkującej Debrecen, jej małym, ale jak się okazało pojemnym autkiem, skierowaliśmy się nad oddalone około 25 km jezioro w okolicy Dorcas Center & Camping w miejscowości Erdőspuszta. Z uroków okolicy skorzystaliśmy dopiero następnego dnia, ponieważ o 22 jak się domyślacie ledwo udało nam się znaleźć dogodne miejsce do kampowania.


Udało nam się rozłożyć niewielki obóz i po wyczerpującym, ale pełnym wrażeń dniu, spełniliśmy wreszcie swoje marzenie, o namiocie, jeziorze, ciepłym obiedzie i dźwięku gitary. Zaczęliśmy już powoli doceniać to czego nie dostrzegaliśmy w codziennym życiu, jak dużo komfortu mamy, że po ciężkim dniu czeka na nas ciepłe mieszkanie, pościelone łóżko i gorąca kawa. Życie autostopowicza to ogromna przygoda, która jednak nie ma nic wspólnego z „odpoczynkiem“ jaki ludzie sobie wyobrażają, jest wiele dni, które kończą się kiedy zasypiasz z pozdzieranymi stopami i ramionami sinymi od ciężkiego plecaka, co zabawne jednak w naszym przypadku zawsze z uśmiechem na twarzy, bo już nie możesz doczekać się tego co wydarzy się następnego dnia.

Wieczór upłynął nam więc na rozgrzewaniu głosów szantami i planowaniu dalszej trasy, wciąż nie wiedzieliśmy czy wybierać się do Rumunii, wielu kierowców odradzało przekraczania tej granicy z tak bogatym w drogie sprzęty i instrumenty bagażem..


O poranku przyszedł czas na zwiedzanie okolicy, pierwsze polowe pranie i podjęcie próby umycia się przy pomocy okolicznych hydrantów z naprawdę lodowatą wodą. Miejsce wydawało się wręcz idealne na odpoczynek nad jeziorem, jednak zaskakująco puste. Właściwie przez cały spędzony tam czas nie udało nam się spotkać ani jednego turysty. Być może cywilizowany świat istniał gdzieś po drugiej stronie jeziora, ale niestety na dłuższe wędrówki nie było już czasu, tego dnia bardzo chcieliśmy dotrzeć do Belgardu, było przed nami 450 km drogi i dwie odprawy graniczne oraz opuszczenie Unii Europejskiej…


Ruszyliśmy więc dwoma drużynami praktycznie ścigając się do serbskiej granicy. Po drodze mijaliśmy wiele małych miasteczek, których nazw niestety nie byliśmy w stanie wypowiedzieć. Pomimo, że kompletnie nie rozumieliśmy się z miejscowymi, niektórzy wręcz z uporem maniaka próbowali prowadzić z nami długie konwersacje takie polsko-węgierskie, a czasem nawet starali się złapać nam stopa. Ludzie niezwykle serdeczni, pozytywnie do nas nastawieni i pomocni, z jakiegoś powodu kochają Polskę i Polaków. Bariera językowa trudna do przejścia, dlatego ciężko było nam posłuchać czegoś interesującego na temat tego kraju od kierowców, prawdę mówiąc ciężko nawet było odczytać znaki drogowe.


Mieliśmy nawet chwilę, że udało nam się złapać stopa w czwórkę, a prawdę mówiąc nawet w szóstkę. Taki mały autostop-bus stworzyliśmy. Do Szeged dotarliśmy całkiem sprawnie. Piękne studenckie miasto, które udało mi się zwiedzić podczas poprzedniej autostopowej wyprawy. Tym razem niestety nie było na tyle czasu, aby wybierać się do centrum, zatrzymaliśmy jakiś samochód z kompletnie zwariowanym muzykami, którzy podrzucili nas do ostatniej możliwej miejscowości na Węgrzech. Reszta trasy niestety pieszo w pełnym słońcu, kilka ładnych kilometrów i 2 granice do przejścia.

Właśnie wyjechaliśmy z Unii Europejskiej.


Zapraszamy do rozdziału IV Serbia