Dwie godziny później, stoimy już z nową tabliczką „Beograd“ ,kilkadziesiąt metrów za odprawą graniczną. Mamy ogromną nadzieję, jeszcze tego samego dnia znaleźć się w stolicy kraju. Przed nami ponad 300 km, jest 11:00 rano. Łapiemy pierwszego stopa- naszym kierowcą jest Tamara, dziewczyna na stałe mieszkająca na Węgrzech. Pokonując pierwszy fragment naszej trasy, słuchamy opowieści o jej rodzinie mieszkającej w Serbii, o emigracji, o ciężkiej sytuacji panującej w rodzinnym kraju. Mijamy ciężarówki, wiozące gdzieś w głąb kraju potężne czołgi i ogromne, pewnie od lat pozostawione bez upraw, pola. Na horyzoncie przez długi czas nie pojawia się żadne miasto, niecodzienny dla nas widok…

Zmiana samochodu, tym razem na…policję, ale w cywilu. Świetny kierowca, przekazuje nam wiele zasad bezpiecznego podróżowania po Serbii, uczula na rejestracje samochodów, na które należało uważać, poleca mający się niebawem rozpoczynać serbski festiwal muzyczny. Ostatni samochód do Belgardu, w końcu wsiadamy do tira- moje marzenie spełnione. Bardzo lubię podróżować z zawodowymi kierowcami, jest jakaś nić porozumienia między nimi, a autostopowiczami. My chcemy poznać nowych ludzi i sprawnie przemieszczać się na długich trasach, oni potrzebują towarzyszy własnych podróży, zmęczeni samotnością, niejednokrotnie kilkutygodniową. Niekończące się rozmowy, przerwy na mocą czarną kawę, zaparzaną na polowej kuchence, gdzieś na parkingu.

Problem pojawia się tuż przed samym zjazdem do centrum- jest późny wieczór, a kierowca zmuszony kontynuowaniem własnej trasy, zostawia nas na środku autostrady przy skręcie do centrum i odjeżdża w stronę Nowego Sadu. Nie znaleźliśmy się w najlepszym położeniu. Przez krótką chwilę próbujemy łapania stopa w ciemnościach, ale jak się domyślacie pomysł nie jest najbardziej trafiony. Nie pozostaje nam nic innego poza przebiegnięciem kilku pasów autostrady i nadzieją na to, że uda się tu gdzieś znaleźć dobrą duszę, która pomogłaby rozwiązać sytuację. W oddali widzimy robotników zajmujących się malowaniem nowych pasów na autostradzie. Nie muszę tłumaczyć jak bardzo byli zdziwieni naszym widokiem. Pewnie stosunkowo rzadko zdarza im się tutaj spotkać zagubionych turystów. Ich słowa zabrzmiały trochę jak wyrok dla naszych zmęczonych organizmów- do miasta jeszcze 17 km i nie znajdziemy już żadnego transportu. Nigdy nie rezygnujemy, więc i tym razem, wyciskając z siebie ostatki sił, postanowiliśmy dotrzeć do cywilizacji pieszo.
Po 7 km wędrówki decydujemy się na małą przerwę, jesteśmy już dramatycznie głodni, spragnieni i okropnie brudni, owiani spalinami przjeżdżających samochodów. W panujących ciemnościach dostrzegamy duży napis i drogę odbijającą w prawo. Nasze wybawienie- ulica prowadzi prosto na lotnisko znajdujące na przedmieściach. Docieramy tam po 40 minutach, wykończeni, ale wciąż bez słowa narzekania. Znajdujemy autobus do centrum i około 3 nad ranem widzimy upragniony Belgrad. Trochę powalczyliśmy o to miasto.

Tymczasem Piotrek i Michał utknęli gdzieś zaraz za serbską granicą. Zdarza się niestety, że późnymi wieczorami już ciężko się wydostać. Pozostało im, więc ratowanie się kawą na stacji benzynowej i szukanie miejsc noclegowych wsród zaparkowanych tirów. Noc przetrwali w śpiworach, pod gołym niebem. Warunki dalekie od komfortowych, wynagrodzone jednak pięknymi widokami słońca wchodzącego nad dzikimi łąkami.

Michał kolejnego ranka odłącza się, podróżując dalej na wschód w kierunku Rosji. Piotrek wraz z kolejnym Polakiem napotkanym po drodze dociera około południa do Belgradu, kwaterując się w poleconym przez nas miejscu.

Jest to hostel, w którym miałam przyjemność gościć już wcześniej, podczas ubiegłej autostopowej wyprawy. Atmosfera jest tutaj niesamowita, a właściciel skłonny przyjąć każdego entuzjastę podróżowania za naprawdę dobrą cenę, o każdej porze dnia i nocy. To człowiek, który pomoże z wyborem najciekawszych, wartych odwiedzenia zabytków, wybierze się razem z Tobą na najlepszą miejscową imprezę i poczęstuje przepyszną, domową rakiją. Jego hostel, to miejsce, które nigdy nie śpi. Jest pełne niesamowitych ludzi, podróżników z całego świata. Ryzyko istnieje tylko jedno, że zostanie się tutaj na dłużej niż się planowało.

Pierwszy obiad i chwila dla serbskiej tradycyjnej kuchni- Ulica Skadarlija. Przepiękne zabytkowe miejsce z najlepszymi restauracjami, tutejszym browarem, antykwariatami i galeriami sztuki. Każdego wieczoru możecie tu usłyszeć tradycyjną serbską muzykę i skosztować Karadodevy- smażonego kurczaka nadziewanego kajmakiem serwowanego z frytkami i sosem tatarskim, Cevapi-przepysznie doprawionego mięsa mielonego i Pljeskavicy- bałkańskiego burgera z dużą ilością dobrze przyprawionego mięsa, będącego mieszanką wieprzowiny, wołowiny i jagnięciny.

Kolejne punkty zwiedzania to przepiękna Cerkiew św. Marka z imponującą kolekcją ikon prawosławnych z XIX i XX wieku oraz twierdza Kalemegdan z fortyfikacjami wybudowanymi jeszcze za czasów celtyckich. Obecnie w tej ostatniej znajdziecie wszystko: bramy historyczne, cerkwie, ogód zoologiczny i muzeum wojskowe. To miejsce wielu wystaw, koncertów, spotkań na szachowe rozgrywki i mecz tenisa. To raj dla fotografów, którzy tak ja my, mogą tutaj zebrać kolekcję pięknych zdjęć z widokiem na nadbrzeże Sawy.

Wieczorem postanowiliśmy wybrać się wraz z załogą naszego hostelu na odkrywanie atakcji, jakie oferuje Belgrad nocą. Szeroki wachlarz klubów i barów pływających na pięknie podświetlonej rzece, bałkańska muzyka i zabawa do białego rana.

Kolejny dzień wita nas smutną wiadomością, Piotrek w związku ze sprawami rodzinnymi musi ruszać pociągiem w drogę powrotną do Polski. Przynajmniej na jakiś czas… Bilety na dzisiejszy dzień już wysprzedane, czeka nas więc kolejna noc w pobliskim hostelu. Okazuje się, że noclegi na obrzeżach miasta to już nie najlepszy pomysł. Kruszący się ze ścian tynk, łazienki okropnie brudne, ciasne wieloosobowe pokoje. Centrum serbskiej stolicy jest naprawdę piękne, pomimo ciągle jeszcze straszących, pamiętających wojenne walki, zniszczonych budynków. Nie polecałabym jednak wybierania się w okolice podmiejskie. Ogromne cygańskie wioski zbudowane za stacjami benzynowymi, mnóstwo podejrzanych ludzi kręcących się po okolicy, o przyjemnym zapachu i czystości można tu zapomnieć.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, zdarzyła się jeszcze jedna historia, o której warto byłoby opowiedzieć..kontynuując naszą podróż na południowy-zachód, w przemiłym towarzystwie farmaceuty, który zaopatrzył nasze organizmy w probiotyki, dotarliśmy do malutkiej wioski gdzieś na trasie do Czarnogóry. Nie bardzo mieliśmy pomysł co zrobić, kilka samochodów przejeżdżających tu raz na godzinę nie dawało nam zbyt wielkiej szansy na złapanie jakiegoś transportu do granicy. Trzeba było zacząć myśleć nad noclegiem. Wówczas na naszej drodze stanął, zainteresowany naszą obecnością w swojej wiosce Serb. Na początku mało się rozumieliśmy i nie wydawał nam się być zbyt przychylny. Po kilku godzinach zaciętych dyskusji, toczących się nawet o aktualnej sytuacji politycznej w Serbii, w przydrożnym barze, sprawiło, że wywarł na nas wrażenie bardzo serdecznego człowieka. Okazało się, że w serbski czasem wystarczy się po prostu lepiej wsłuchać i jesteśmy bez problemu w stanie się zrozumieć. Zaproponował nam nocleg w oddalonym o parę kilometrów domu swojej siostry. Dużo zaufania kosztowało nas wybranie się tam z nim późnym wieczorem. I cała historia skończyłaby się całkiem miło, gdyby nie fakt, że kolejnego dnia machając za jego odjeżdżającym samochodem zorientowaliśmy się, że w naszym bagażu brakuje kamery. Pieniądze się nie liczyły, ale nagrane wspomnienia. Ruszyliśmy pieszo z powrotem do wioski. Postanowiliśmy powalczyć. Tak trafiliśmy na posterunek policji. Prawdopodobnie nie jesteście w stanie sobie wyobrazić jak to miejsce wyglądało. Gruz spadający nam na głowę z sufitu i jeden otwarty pokój, za biurkiem Antonio z zapalonym papierosem, nogami na stole i kawą w ręku. Z braku innych zajęć postanowił nam pomóc. Z owym szeryfem odbyliśmy długi spacer po wiosce w poszukiwaniu lokum z ubiegłej nocy. Udało się, z nadzieją wyjęliśmy klucz spod wycieraczki i wbiegliśmy do opuszczonej rano sypialni. Kamera na całe nasze szczęście znalazła się za naszym łóżkiem. Antonio zadowolony z obrotu sprawy i znalezienia nie tylko zajęcia, ale też nowych znajomych, postanowił zaprosić nas na kawę do kawiarni swojego przyjaciela. I tak po 2 godzinach, z kamerą w ręku, jechaliśmy prawdziwym radiowozem, dotrzeć znów do naszej drogi prowadzącej na Podgoricę.


Zapraszamy do rozdziału V Czarnogóra