Kolejną granicę pokonywaliśmy w lekkim strachu. Nasz kierowca zrobił bardzo dziwną rundę po okolicznych, przygranicznych sklepach. Nieco później zatrzymaliśmy się na schowanym w cieniu drzew parkingu. Chłopak wyciągnął z bagażnika wkrętarko-wiertarkę, dzięki której udało mu się rozłożyć na części praktycznie całe auto, upychając je po brzegi paczkami papierosów zakupionymi we wspomnianych sklepikach. Na serbsko-czarnogórskiej granicy przemyt wciąż kwitnie, ceny papierosów po przekroczeniu granicy są bagatela dwa razy wyższe. Na wstrzymanym oddechu podaliśmy celnikom nasze dokumenty i po cichu modliliśmy się, żeby nikt nas o nic nie zapytał. Jakoś udało nam się bez problemów dotrzeć do malowniczej miejscowości usytuowanej w sercu gór- Roznaje. Kierowca postanowił zaprosić nas na kawę do hotelu swoich znajomych. Podziękowaliśmy za pomoc, zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem i zasłużoną kolacją. Znaleźliśmy bardzo przyjemny, mały hotelik, blisko centrum i w bardzo dobrej cenie. Z uśmiechem na twarzy zaczęliśmy zwiedzanie kolejnego państwa.

Złapać stopa kolejnego ranka nie było łatwo, ale wiemy na pewno, że warto było na niego poczekać. Dwóch panów w średnim wieku, piękny samochód i nawet nieco rozmawiali po rosyjsku. Przewieźli nas przez cały kraj dosłownie, z gór na wybrzeże. Zafundowali nam drogę przez przepiękne kaniony, zwiedziliśmy razem Park Krajobrazowy Biogradska Gora, usłyszeliśmy o wszystkim co w tym niewielkim, ale pięknym kraju możemy zobaczyć .Widząc nasze zaciekawienie czarnogórską kuchnią, postanowili też zatrzymać się w restauracji serwującej tradycyjną kuchnię na wspólny obiad. Okolica niezapomniana, lokal zawieszony na drewnianych platformach nad górskim potokiem w środku kanionu. Jego nazwa absolutnie adekwatna do rzeczywistości- „Raj“ na ziemi. Potrawy dość nietypowe, jak na tamtejszą kuchnię obfitującą w dania mięsne, trochę przypominające ziemniaczane puree na mące kukurydzianej, podawane z białym serem. Do tego oczywiście klasyczne, uwielbiane w Czarnogórze Niksicko i zimna płyta z lokalnymi wędlinami. Kilka godzin w „Raju“ i uraczenie naszych podniebień wszystkimi pozycjami „top“ z tutejszego menu kosztowało majątek. Zapłacili nasi kierowcy twierdząc, że to dla nich żaden wydatek, a nam pozostało tylko zaproszenie ich w ramach rekompensaty na obiad w Krakowie.

Sytuacja zaczęła się robić nieco dziwna, gdy przejeżdżaliśmy przez Podgoricę. Jeden z naszych towarzyszy podróży powiedział, że musi wysiąść w stolicy. Zatrzymaliśmy się więc na przydrożnym parkingu, wysiadł rzeczywiście, otworzył bagażnik i wyciągnął z niego plik kikunastu tysięcy euro. (Teraz 150 euro zapłacone za obiad nam również wydało się „małym wydatkiem“) Przeliczył jeszcze szybko pieniądze w samochodzie, pożegnał się z nami i zniknął gdzieś między budynkami. Wcześniej prowadziliśmy wiele rozmów o ich „interesach i pracy“, ale wydawały nam się dobrym żartem historie o „znajomych“ w więzieniu, a już zupełnie nieprawdopodobne te o majątku zdobytym na „handlu koszulkami“. Teraz zaczęliśmy wszystko analizować. Czarne BMW z automatycznym zamkiem, walizka gotówki w bagażniku, dziwne „wycieczki“ kilka razy w miesiącu z Albanii do Szwecji. Dzielnie jechaliśmy dalej, może nieco bardziej czujni na zaistniałą sytuację. Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się na wybrzeżu, wymieniliśmy się jeszcze numerami telefonów i obiecaliśmy, że odezwiemy się jeśli wrócimy któregoś dnia do Czarnogóry. W duszy dziękowaliśmy losowi, że bezpiecznie postawiliśmy stopy na plaży w Bar.

Jeszcze w samochodzie Kamilowi, w związku ze swoją wrodzoną zdolnością do zwracania uwagi na szczegóły, udało się zapamiętać dziwne tatuaże na rękach obu Panów. Postanowiliśmy wpisać symbole, które przedstawiały, w wyszukiwarkę. Historia zaczęła składać się w całość. Nasze twarze na chwilę zrobiły się blade: znaki charakterystyczne czarnogórskiej mafii przemycającej kokainę z Albanii do Szwecji. Wszystkie informacje, które podawał internet usłyszeliśmy z najdrobniejszymi szczegółami w drodze. Może tylko z pominięciem kokainy i przemytu. Potwierdziła się moja teoria, że podczas autostopowych podróży absolutnie wszystko jest możliwe. Konkluzja pozostaje jedna: najważniejsze to mieć mafię po swojej stronie.

Bar. Niezwykle przyjemna, turystyczna nadmorska miejscowość. Polecamy restauracje, wręcz pływające z krabami brzegiem morza i przepyszne Burki w okolicznej piekarni. Burek to bardzo cienkie ciasto nadziewane serem, szpinakiem lub mięsem- jeden z najpopularniejszych fast-foodów na Bałkanach. Spędzamy tu chwilę czasu ze znajomymi, którzy zatrzymali się w pobliskim hotelu.

Nasze serce zdobywa jednak miejsce położone zaledwie kilkanaście kilometrów dalej -Utjeha i przepiękny Camping Oliva. Ceny bardzo rozsądne, miejsce naprawdę zadbane i wyposażone we wszystko czego zapragniecie. Dodatkowo śpimy w gaju oliwnym nad samym brzegiem morza, nad naszymi głowami rosną kiwi i pomarańcze. Robimy polowe pranie, na pralce- tarce, gotujemy obiady na polowej kuchni, wieczorami wsłuchując się w tutejszą muzykę, oglądamy rozgwieżdżone niebo. Te kilka dni w Utjeha zrekompensowało nam całkowicie trud włożony w dotarcie nad tutejsze wybrzeże.

Kolejny przystanek podczas eksplorowania nowego państwa to Budva. Camping, który znaleźliśmy tym razem, odstawał od poprzedniego, prysznice na wolnym powietrzu, śmieci rozrzucone dosłownie wszędzie i nieistniejące wi-fi. Warunki sanitarno -noclegowe całkowicie zrekompensowało jednak samo miasto. Zrobiło na nas ogromne wrażenie. Spektakularne hotele, niezwykłe, pomysłowe bary i puby, przepiękny port i Stare Miasto, niekończące się aleje spacerowe. W letnie popołudnia nie brakuje atrakcji dla dzieci i młodych, poza parkami rozrywki odbywają się tu Piana Party przy głośnej, elektryzującej muzyce. Na wieczory polecamy rundę po barach i restauracjach usytuowanych przy deptaku biegnącym od Starego Miasta praktycznie całym wybrzeżem. Zaczarował nas absolutnie jeden z nich, miejsce stałego pobytu fanów motoryzacji, muzyka rockowa na żywo, stoliki zastąpione prototypami samochodów. Udało nam się więc wypić piwo w czerwonym Mini. W centrum liczne galerie sztuki, zabytkowe kościoły i przepiękne ciasne uliczki z wartymi polecenia miejscami na odpoczynek od upałów w towarzystwie pysznego koktajlu. Według nas jeden z lepszych pomysłów na wakacyjny odpoczynek w naprawdę rozsądnej cenie.

Po kilku szalonych dniach w Budvie, podczas których udało nam się między innymi spacerować skalnymi, wąskimi ścieżkami nad brzegiem morza, śpiewać przy dźwiękach pianina czarnogórskie przeboje z miejscowymi, poznać Polaków w przypadkowym pubie i spędzić z nimi noc na plaży z butelką tutejszego pysznego wina, kąpać się nago skacząc ze skalnych wybrzeży z widokiem na wchodzące nad taflą wody słońce, byliśmy w końcu gotowi ruszyć dalej w kierunku Chorwacji.

Samochód udało się złapać stosunkowo łatwo. Okazało się jednak, że nie byliśmy w nim sami. Jeden autostopowicz wsiadł do niego przed nami – z pochodzenia Chińczyk, który bardzo dobrze mówił po angielsku. Problem polegał na tym, że kierowca pochodził z Albanii, a jedyny obcy język, który znał to włoski. Pracował od lat w Mediolanie i kilka razy do roku wracał do domu na jakiś czas. Z autostopowiczem, który jechał z nim od dłuższej chwili nie mógł się dogadać nawet w podstawowej kwestii, gdzie tak naprawdę chce z nim dojechać. Zostałam, więc globalnym tłumaczem trójjęzykowym. Powiem wam, że po dwóch godzinach mówienia po włosku, angielsku i polsku jednocześnie, mój mózg odmówił współpracy, nie byłam się w stanie dogadać już w żadnym języku. Na całe szczęście mniej więcej w tym momencie Chińczyk postanowił zakończyć wspólną wycieczkę i wysiąść z auta na drodze prowadzącej w stronę Kotoru. Pozostaliśmy na pokładzie tylko z naszym kierowcą. Czekała na nas malownicza przeprawa promem i dla mnie chwila wytchnienia. Przepiękna pogoda i nieprawdopodobne widoki sprawiły, że pożałowaliśmy wyjazdu z tego cudownego kraju. Z drugiej strony wciąż głodni przygód czuliśmy, że czas już jechać dalej.

Kilka godzin później stawialiśmy już swoje pierwsze kroki na schodach prowadzących do centrum Dubrovnika.


Zapraszamy do części VI Chorwacja