Przyjeżdżając do Chorwacji mieliśmy wielkie oczekiwania. Chcieliśmy spróbować w większych portach jachtostopowania i przedostać się tym sposobem na południe Włoch. Przyznać trzeba, że nie byliśmy do tego specjalnie przygotowani, nie szukaliśmy możliwości na portalach oferujących pracę na deku, postanowiliśmy tylko popytać ludzi na miejscu. Rzeczywistość zabrała nam złudzenia, ale o tym chwilę później..

Pierwszy dzień spędziliśmy z Kamilem na miejskiej plaży, ciesząc zmęczone podróżą ciała, morską bryzą. Czekaliśmy na Piotrka, który postanowił towarzyszyć nam w dalszej części wyprawy i samotnie autostopem dotrzeć z Polski do Dubrowika. I udało mu się, już kilka godzin później wymienialiśmy się wrażeniami, znów w niezniszczalnym trio, byliśmy gotowi na dalsze przygody. Dzień chylił się ku zachodowi, czas dla nas było znaleźć sobie jakieś lokum na noc. Chorwacja, a szczególnie turystyczny Dubrowik to nie jest dobre miejsce dla wędrowników. Wybrzeża są przepełnione pięknymi, drogimi hotelami, o tańszych noclegach właściwie można zapomnieć. Postanowiliśmy się więc rozłożyć z naszym polowym domem pod jedną z najładniejszych palm na małej skalnej wysepce. Na kuchence gazowej przygotowaliśmy upragniony obiad, kasza kus-kus z kiełbasą i sosem- wierzcie mi, że wyglądała dokładnie tak jak brzmi. Nie przeszkadzało nam to cieszyć się z tego posiłku jak dzieciom, które właśnie dostały tabliczkę pysznej czekolady. Kolejnego dnia z samego rana ruszyliśmy na podbój portu- póki co jedynego, który znaliśmy, oddalonego o kilka kroków od centrum miasta. Byliśmy w bosmanacie, zostawiliśmy swoje ogłoszenie, próbowaliśmy poznać kapitanów przy piwie w miejscowej tawernie. Wysiłki na nic, wiedzieliśmy, że to chyba nie jest odpowiednie miejsce. Piotrek ruszył na zwiady do starego, zabytkowego portu w centrum miasta. Wrócił po kilku godzinach z informacją, że właściwy dla nas port znajduje się niestety sporo poza miastem- postanowiliśmy kolejnego dnia powalczyć ze sobą i pieszo dotrzeć do miasteczka pod Dubrowinikiem. Udało nam się jeszcze tylko nacieszyć morzem, piękną pogodą i koncertem na plaży. Następnego ranka po śniadaniu zaczęliśmy swoją długą i żmudną wędrówkę w stronę portu. Słońce nie było dla nas łaskawe, upał i ciężkie plecaki sprawiły, że wydawało nam się jakbyśmy przemierzyli dwukrotność tego, co w rzeczywistości. Zatrzymaliśmy się późnym popołudniem w przydrożnej jaskini. Przez chwilę wpadł nam do głowy pomysł, że zostać tam na nocleg, ale ilość pełzającego robactwa i latających nad naszymi głowami nietoperzy skutecznie nas odstraszyła. Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem, i nad brzegiem pobliskiego potoku rozłożyliśmy się pod gołym niebem na  nocleg.


Przestaliśmy liczyć czas, już nawet nie umiem Wam powiedzieć od kiedy jesteśmy w drodze. Zaczyna doskwierać brak prysznica, pralki i wygodnego łóżka. Teraz mamy w głowach jednak ważniejsze zadanie. Port jest naprawdę ogromny, mieni się w słonecznych promieniach tysiącami białych żagli. Musimy teraz przejść wszystkie keje w poszukiwaniu jachtów płynących pod włoską banderą. Zapytać, każdej napotkanej życzliwej duszy, czy nie jest w stanie zabrać nas ze sobą na drugi brzegi. Mieliśmy dużo do zaoferowania, chłopakom nie obca jest praca na jachcie, pływają z pasją już od lat, ja chciałam pomagać jako lekarz. Kapitanowie byli do nas nastawieni bardzo życzliwie, ale jak na złośliwe zrządzenie losu wszyscy właśnie dopłynęli na wakacje
w Chorwacji i zamierzali po niej krążyć, albo próbowali się wydostać w Dubrownika w stronę Grecji. Najbliższy transport do Włoch zaproponowali nam za 3 tyg.. Wiedzieliśmy na pewno, że nie chcemy tu zostać tak długo. Usiedliśmy pomyśleć trochę co robić dalej, pograć na gitarze, pośpiewać szanty. Przy kolejnej wycieczce po porcie natknęliśmy się na polski jacht, wymieniliśmy z rodakami kilka zdań, zaproponowali nam w ramach chwilowego wypoczynku kąpiel w portowym basenie i zimne napoje na leżakach. Niestety wracali już swoim jachtem do Polski. Dobrze nam zrobiło te kilka godzin pływania i wypoczynku, tyle że niewiele zmieniło naszą sytuację. Nie chcemy tu być, to wiedzieliśmy na pewno.


Wita nas kolejny świt i tęsknota za piękną, niedoścignioną Italią. Decydujemy, że na jachtostop będziemy musieli poczekać do kolejnej wyprawy. Przygotować się i nie upierać się tak jak teraz nad kierunkiem naszej podróży. Urokiem tego sposobu podróżowania jest nieprzewidywalność tego, gdzie zaniesie Cię fala. Nie wiedzieliśmy tego wcześniej. Postanawiamy dostać się na południe Włoch promem, wypływamy jeszcze tego samego wieczoru. Z ogromnymi uśmiechami na twarzach wbiegamy na ogromny statek, pełen wewnętrznych atrakcji. Za 14 godzin będziemy mogli postawić nogi na włoskiej ziemi, ta świadomość była najpiękniejsza. Zachód słońca oglądamy na dziobie nucąc szanty przy dźwiękach gitary.

Zwiedzamy nasz nowy środek lokomocji, uwierzcie jest tu wszystko, kino, sklepy, restauracje, puby. Nie licząc oczywiście ogromnych parkingów, tarasów widokowych i kawiarni na wolnym powietrzu. Prawdziwe pływające miasto.

Być może zobaczyłam w Chorwacji za mało, żeby wypowiedzieć się na temat całego kraju, ale jeśli chodzi o Dubrownik, zupełnie nie rozumiem wyboru tego miasta jako wakacyjnej destynacji ludzi z całej Europy. Miasto samo w sobie jest urocze, ale niczym nie różni się od nadmorskich kurortów znajdujących się kilkadziesiąt kilometrów dalej w Czarnogórze, poza diametralną różnicą w cenach noclegów i posiłków w restauracjach. Myślę, że nawet gdybym miała okazję już nie wybrałabym się tam drugi raz, te kilka ciężkich dni wystarczyło.


Zapraszamy do części VII Włochy